Spalone ziemie

W serii "Borderlands" musi być jakaś magia. Nie da się inaczej wyjaśnić tego, że trzecia część gry jest pod względem struktury niemal taka sama jak dwie poprzednie, a i tak sprawia masę radości. ...
"Borderlands: The Pre-Sequel!" - recenzja
W serii "Borderlands" musi być jakaś magia. Nie da się inaczej wyjaśnić tego, że trzecia część gry jest pod względem struktury niemal taka same jak dwie poprzednie, a i tak sprawia masę radości. Wady poprzednich odsłon są nieco bardziej widocznie, ale w takim samym stopniu wyostrzają się zalety "The Pre-Sequel!". Mamy do czynienia ze smażonym trzeci raz kotletem, a ten wciąż smakuje bardzo dobrze.



Akcja "Borderlands: The Pre-Sequel!" osadzona jest zgodnie z tytułem pomiędzy częścią pierwszą a drugą. Konkretniej zaś – wypada znać także DLC dołączane do pierwszej odsłony gry. Na pierwszy rzut oka "The Pre-Sequel!" wygląda nieco jak bonusowa zawartość, która spokojnie mogłaby zmieścić się w dwójce. Ale im dłużej gramy, tym więcej różnic widać w cyklu prania "strzelaj, zgarniaj gnaty, strzelaj nowymi gnatami".



Część bohaterów znana jest z poprzednich części. Historię poznajemy z punktu widzenia najemniczki Atheny, którą złapała Lilith oraz kompania łowców krypt. Osią fabularną jest poznanie motywacji człowieka, który stał się groteskowym i demonicznym Handsome Jackiem w drugiej części "Borderlands". "The Pre-Sequel!" to ostra jazda po niuansach popkultury, pełna urokliwych wiązanek, absurdalnych postaci i nawiązań do uniwersum Borderlands.

Diabeł tkwi jednak w szczegółach i nie jest przesadą wypowiedź jednego z twórców, Matthew Armstronga , że w "Borderlands" ponure wydarzenia często przykryte są komedią i absurdem. "The Pre-Sequel!" z pozoru wygląda bowiem jak kolejna porcja głupkowatych wydarzeń i postaci. Prym wśród nich wiedzie Janey Springs, wesoła australijska lesbijka. Tak, na Elpis, księżycu Pandory, nie ma Australijczyków. Tak, za grą stoi studio 2K Australia, które postanowiło wsadzić w grę tyle lokalnych akcentów, ile się da. Poza fenomenalnie napisaną postacią Springs znajdziemy tu też na przykład Travisa Pickle. Pickle to po prostu Tiny Tina, tyle że w chłopięcym wydaniu. Nie ma aż tak ciętych tekstów jak szalona dziewczynka z "Borderlands 2", ale jego historia – gdyby obedrzeć z niej komediową otoczkę – jest równie przygnębiająca co Tiny. Oprócz nich pojawią się starzy znajomi, jak choćby Roland i Lilith czy kultowa już Moxxi.



Przez całą grę pomagamy Jackowi dojść do momentu, w którym staje się on tyranem (wtedy też zaczyna się akcja "Borderlands 2"). To całkiem niezły twist, bo przez ponad 20 godzin kampanii co jakiś czas mimowolnie zastanawiamy się, czy źli naprawdę są tacy źli, a dobrzy fruwają na chmurkach przy dźwięku fanfar. I choć fabuła "The Pre-Sequel!" nie sprawi, że dopadnie nas kryzys egzystencjalny, kilka zakrętów w fabule, wliczając w to całkiem niezłe zakończenie, na pewno przepali kilka styków w mózgu.



"Borderlands: The Pre-Sequel!" to jednak nie tylko fabuła. I w tej kwestii entuzjazm nieco blednie, ponieważ trzeci raz dostajemy – z grubsza – to samo. Struktura gry jest taka: idź w teren, zabijaj różne stworki, zbieraj broń, odwiruj pranie, powtórz cykl. Na szczęście 2K Australia postarało się o jeden chwyt, za pomocą którego zmienia się podejście do walki. Tym szczegółem jest oczywiście obniżona grawitacja. "The Pre-Sequel!" wpisuje się tym samym w rodzący się trend prawdziwie trójwymiarowych strzelanek. 



Walki na (między innymi) Elpis wymagają zmiany podejścia do strzelania czy potyczek wręcz. Po pierwsze, skaczemy na kilkadziesiąt metrów w górę. Po drugie, nasz zbiornik tlenu to też swego rodzaju dopalacz. W zależności od tego, w jakim momencie skoku go uruchomimy, możemy szybować bądź zyskać podwójny skok. Na koniec zostaje tzw. butt-slam, który luźno można przetłumaczyć jako "dupnięcie", polegający na tym, że uderzamy z całą siłą w powierzchnię księżyca, zadając niemałe obrażenia okolicznym wrogom. Rzecz w tym, że humanoidalni wrogowie posiadają dokładnie te same zdolności. Częstokroć walki na powierzchni kończą się zatem opętańczym skakaniem całej ekipy w tę i we wtę, by albo oddalić się od przeciwników i spacyfikować ich stosownym uzbrojeniem, albo by załatwić ich za pomocą owego butt-slam.



Nowe bronie to przede wszystkim lasery. W ogniu walki sprawują się całkiem nieźle, ale warto pamiętać, że niektóre stwory na Elpis będą całkowicie odporne na ogień i zamrażanie. To drugie jest swoją drogą bardzo efektywne, zwłaszcza gdy rozprawiamy się z wyjątkowo irytującymi grupkami wrogów. Raz-dwa można zamienić ich w gabinet figur lodowych.

Grywalni bohaterowie to odbicia dawnych klas postaci. Najbardziej oczywisty jest Wilhelm, znany z "Borderlands 2" jako jeden z bossów. To typowa klasa "żołnierza". Druga w kolejce jest Athena, która na wyposażeniu posiada tarczę a la Kapitan Ameryka. Swoje mordercze zapędy może uwolnić również Nisha, którą przelotnie poznaliśmy w drugiej części. Na koniec zostaje, jak to ujęli twórcy, pomyłka, czyli... Claptrap. Ikoniczny robot tym razem jest grywalną postacią. Polecam go zresztą na drugie przejście, gdyż rozgrywka Claptraptem różni się nieco od zwykłego przedzierania się przez pustkowia Elpis, a to głównie dzięki zdolności vaulthunter.exe. Gdy gramy Claptrapem, często zamiast pomagać kolegom z drużyny, robimy spore zamieszanie.



O ile w przypadku głosów, aktorstwa i strony audio "Borderlands: The Pre-Sequel!" to wciąż najwyższa półka, o tyle tak różowo nie jest z oprawą wizualną. Silnik "Borderlands" starzeje się dość szybko i nie najlepsze wrażenie robią doczytujące się w locie tekstury. Ta wada rozciąga się niestety i na tereny w grze. W "Borderlands 2" robiliśmy przebieżkę po mocno zróżnicowanych miejscówkach na Pandorze. "The Pre-Sequel!" to w dużej mierze księżycowe pustkowia, które po pewnym czasie dobijają szarością. Choć gra przenosi nas później w inne miejsca, początkowe wrażenie jest dość przygnębiające.



Znużenie może dopaść nas także podczas wypełniania misji. Nie wiedzieć czemu, prawie połowa gry to nędzne zadania w stylu "przynieś, wynieś, pozamiataj". Szczytem wszystkiego jest misja, w której – niczym w czasach "Quake 2" – musimy biegać po fabrykach i przestawiać dźwignie albo kręcić kurkami. Nie ratuje tego nawet fenomenalna oprawa fabularna. Później jest znacznie lepiej, ale zniechęcanie gracza na samym początku to niezbyt dobry pomysł.



"Borderlands: The Pre-Sequel!" mimo tych niedoróbek i starzejącego się mocno silnika wciąż pozostaje naprawdę dobrą grą. Kampania jest nieco krótsza niż w dwójce, ale tryb True Vault Hunter wynagradza to między innymi dodatkowymi liniami dialogowymi. Na początku rozgrywka jest blada jak powierzchnia Elpis, ale po kilku godzinach się rozkręca. Do tego dołóżmy sprawne i spójne wypełnienie luk fabularnych, dobrze napisane nowe postacie (i twisty wśród starych!) czy późniejsze misje i okaże się, że wciąż chce nam się grać. Dla wielbicieli serii to pozycja obowiązkowa.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
75% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Udostępnij: