Jeśli się wahasz, to gaz do dechy!

Decyzja o rozdzieleniu kultowych ścigałek na dwie serie – zręcznościowy "DiRT" i symulacyjny "DiRT Rally" – była bardzo dobrym ruchem ze strony Codemasters. Podobny zabieg parę lat temu wykonał ...
"DiRT 5" - recenzja
Decyzja o rozdzieleniu kultowych ścigałek na dwie serie – zręcznościowy "DiRT" i symulacyjny "DiRT Rally" – była bardzo dobrym ruchem ze strony Codemasters. Podobny zabieg parę lat temu wykonał zresztą Xbox ze swoją "Forzą" i obie te serie mają dziś miliony oddanych fanów. Choć nowy "DiRT 5" poza liczbą kół w aucie nie ma nic wspólnego ze swoimi dalekimi przodkami, szczególnie tymi noszącymi nazwisko tragicznie zmarłego mistrza Colina McRae, to nie przeszkadza mu to w byciu jedną z najlepszych zręcznościówek ostatnich lat.



"DiRT 5" żegna się ze wszystkimi elementami w jakikolwiek sposób wskazującymi na jego rajdowy rodowód. Nie mamy już pilota podającego nam komendy, wyłączenie wszystkich systemów wspomagających nie daje w sumie nic, a klasycznych wyścigów z OSami jest jak na lekarstwo. Jest za to tryb fabularny, w którym narrację prowadzą Troy Baker i Nolan North, a my wybieramy kolejne wyścigi na specjalnym drzewku wydarzeń. W jednej chwili będziemy latać Imprezą po norweskim śniegu, chwilę potem dopakowanym pick-upem wylądujemy na amerykańskiej pustyni tylko po to, aby zaraz po tym driftować po krętych uliczkach w Chinach. Sprawdziłem każdą dostępną w grze trasę i choć długo nad tym myślałem, to nie mam się do czego przyczepić. W grze mamy 70 tras rozrzuconych po 10 lokacjach i każda z nich została dopracowana do ostatniej linijki kodu.



Nie przypadła mi za to do gustu wrzucona po raz kolejny Gymkhana, w której na specjalnie przygotowanych arenach musimy robić triki samochodem i starać się dobić do wymaganego wyniku. Na szczęście drabinka, z której wybieramy kolejne wyścigi, pozwala nam pójść taką ścieżką, aby ominąć te wątpliwej jakości atrakcje i skupić się wyłącznie na ściganiu. Drugim takim dziwactwem są wyścigi Sprint, gdzie stuningowanymi buggy z wielkimi skrzydłami na dachu ścigamy się po piaszczystych trasach, a auto traci przyczepność na każdym zakręcie. Ale tak samo jak w przypadku Gymkhany – te wyścigi też możemy ominąć i skończyć tryb fabularny. Problem powstaje, kiedy najdzie nas ochota na zdobycie wszystkich osiągnięć, choć i to zostało przez twórców skutecznie utrudnione osiągnięciem, które wymaga od nas przejechania 10 000 mil. W grze znalazło się też miejsce dla edytora tras pod nazwą Playground, który daje ogromne możliwości i widziałem w nim kilka naprawdę świetnych projektów, ale moje zdolności ograniczają się do zrobienia kółka lub ósemki.



Pod względem dostępnych aut "DiRT 5" nawet nie staje w szranki z takimi gigantami jak "Gran Turismo" czy "Forza", bo mamy tu zaledwie 60 samochodów, podzielonych na 13 klas. Część jest zablokowana i musimy je kupić za wygrywaną w wyścigach kasę, ale na szczęście wpada jej tyle, że bardzo szybko będziecie mieli dostęp do wszystkich dostępnych fur. Stare Peugeoty, różne wersje Lancerów i Imprez, stare i nowe Mustangi, Porsche, VW Touaregi, Citroeny, Fabie, Fiaty, Aston Martiny czy nawet Cadillac Escalade i Ford F-150 Raptor – jest z czego wybierać, a dodatkowo każde aut możemy przemalować i poobklejać tribalami czy innymi naklejkami sponsorów. Jak się nimi jeździ, to chyba nie muszę Wam tłumaczyć – gra jest zręcznościówką i choć między pojazdami są minimalne różnice, to i tak bez problemu każdym z nich poradzicie sobie na trasie.



Na oddzielny akapit zasługuje wypchana po brzegi ścieżka dźwiękowa. Na Spotify znajdziecie pełną listę, ale warto wymienić chociażby takie nazwy jak The Chemical Brother, Stormzy, Noisy, The Prodigy, Pearl Jam czy Wolfmother. Co więcej, utwory zostały przypisane konkretnym trybom gry, a na dodatek mamy możliwość włączenia trybu 3D, w którym muzyka dobiega do nas tylko z konkretnych punktów na trasie, kiedy je mijamy. Fajny bajer, jednak finalnie przyciszyłem dźwięk auta i latałem z rozkręconą na maksimum na słuchawkach muzyką. Gdyby tylko na wzór starych "Need for Speedów" w rogu ekranu pojawiała się informacja o kawałku, który akurat się włączył.



"DiRT 5" jest tytułem, który ukazał się jednocześnie na starej i nowej generacji konsol. Gra wygląda bardzo dobrze na Xboksie One X, ale dopiero na nowym Series X pokazuje pazur. Mamy do wyboru tryb lepszej grafiki lub wyższej rozdzielczości i szczególnie polecam ten pierwszy, bo te parę pikseli wte czy wete nie robi różnicy, za to lepsze efekty i tekstury już tak. Poszczególne wyścigi zostały tak oskryptowane, aby jak najwięcej bajerów rzucać nam w twarz. Przykładowo jeden z wyścigów w Norwegii zaczyna się za dnia (możemy podziwiać animację śniegu na trasie), w drugim okrążeniu wchodzi noc (światła i neony), a na trzecim rozpoczyna się burza śnieżna. Nie wiem, kto był bardziej podekscytowany bajerami wizualnymi – ja podczas gry czy twórcy ustawiający je tak, aby zrobić na nas jak największe wrażenie. W grze pojawiła się też opcja zabawy w 120 klatkach, którą mogłem przetestować jedynie na gamingowym monitorze, jednak w przypadku zręcznościowego tytułu jakim jest "DiRT 5" to moim zdaniem zbędny dodatek. Tak, robi wrażenie, jednak niższa rozdzielczość i spadek jakości grafiki nie są tego w tym przypadku warte.



Mam wrażenie, że po średnio przyjętym "DiRT 4" Codemasters nie wiedziało, co dalej zrobić z tą serią. Poszli jednak za radą wielkiego McRae – "Kiedy się wahasz, to gaz do dechy (When in doubt, flat-out!). Postawiono wszystko na jedną kartę, podjęto wiele odważnych decyzji, ale finalnie wyszła gra, dla której zarywałem nocki, bo przecież "jeszcze tylko jeden wyścig". W moim personalnym rankingu "DiRTów" na szczycie wciąż stoi rewelacyjny "DiRT 2", ale nowa odsłona plasuje się zaraz za nim. Kawał dobrych, zręcznościowych wyścigów.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
63% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Udostępnij: