Recenzja Sezonu 2

Cyberpunk: Edgerunners (2022)
Hiroyuki Imaishi
Maksymilian Bogumił
Maciej Dybowski
Julia Łukowiak

Było sobie życie

"Edgerunners" dalej, tak jak pierwszy sezon, nie oferuje żadnej taryfy ulgowej ani uczestnikom zdarzeń, przeciągając ich pod kilem, ani nam, ich obserwatorom, trzymającym kciuki za tych
Było sobie życie
Korporacyjny język folderu i prospektu z filozoficzną jowialnością głosi nieodmiennie, że człowiek to najcenniejszy kapitał. Niedoczekanie. Darujmy sobie jednak krytykę kapitalistycznego teatru masek i doceńmy szczerość cyberpunkowego świata roku 2077, gdzie nikogo nie czaruje się złudzeniem wyjątkowości. Ludzie pełnią tu bowiem wyłącznie bierne funkcje konsumpcyjne; są niczym szara masa, której przeznaczeniem jest kupować, używać i nie narzekać. Czasem komuś uda się wynurzyć z tego bagna, ale haust powietrza pali płuca.

Wywodzący się ze środowiska komiksowego Bartosz Sztybor, współtwórca serialu "Cyberpunk: Edgerunners", nie oszczędza nawet tych sympatycznych i życzliwych. Udowadnia tym samym, zgodnie z credo swojego dystopijnego świata, że żaden dobry uczynek nie pozostanie tu bez kary. Altruizm to na labiryntowych ulicach Night City marzenie ściętej głowy, sen o pięknie nie wytrzymuje czołowego zderzenia ze smutkiem rzeczywistości, a miłości nie da się rozpisać na zera, jedynki i wykresy.


Dlatego tak trudno nie polubić Romana Caraxa, młodziutkiego, cokolwiek naiwnego bohatera drugiego sezonu "Edgerunners". Chłopak nie rozstaje się z kamerą i rejestruje napotkane przypadkiem sceny prawdziwego życia. Owszem, za pieniądze, ale jego motywacją jest przede wszystkim bunt przeciwko kultowi braindance’u. Wykalkulowanej i bezdusznej rozrywce sensorycznej chce przeciwstawić autentyczny zachwyt wywołany doświadczaniem ulotnej mikrocodzienności. Chciałoby się rzec, że to chłopak niedzisiejszy, niepasujący do Nighy City. Nie tylko z uwagi na kult analogowej przeszłości, rozumianej także na poziomie emocji, ale i z powodu sporego sceptycyzmu wobec idei mechanicznego podrasowania ludzkiego organizmu.

A to przecież podstawa funkcjonowania stechnicyzowanego świata. Bez ulepszeń nie ma szans na poprawę sytuacji bytowej, a do korporacji nie idą żadne pieniądze, więc odmowa uczestnictwa w tym wyścigu to postawa niemalże antyobywatelska. Dlatego też za chrom i wszczepy dałby się z klei pokroić Weak Kingsley, upadły edgerunner i bankrut, którego wykluczono z rywalizacji o wysokie stawki i zdegradowano do roli zwykłego człowieka. Galerię głównych postaci tego sezonu dopełniają – nie mniej znaczący w tej opowieści – netrunner D, który szuka zemsty za zamordowanych przyjaciół z klanu, do którego należał, oraz Talia, wywodząca się z wpływowej rodziny członkini gangu.


Taki układ przecinających się osobowości buduje narrację skądinąd zamaszystą i zarazem zaskakująco skupioną na introspekcjach. Kwestie transhumanizmu, problematyka dotykająca poszukiwania własnej tożsamości – to oczywiście standard gatunku. Zgodnie z jego prawidłami refleksja nad własnymi, prywatnymi sensami naniesiona jest na większy szkielet fabularny. Roman i jego towarzysze to nie eremici, dumający nad losem gdzieś na blaszanym dachu, lecz ludzie uwikłani w sprawy wyższego rzędu – tyle że wywracający się co i rusz o swoje myśli. Nękany koszmarami D znajduje drzazgę, której tajemnicza zawartość popchnie go albo ku ukojeniu, albo ku szaleństwu. Talia coraz bardziej osuwa się ku nasilającej się psychozie wywołanej, być może, uzależnieniem ciała od techniki. Weak z kolei usiłuje przewartościować siebie, kiedy dla świata jest, jak się wydaje, bezwartościowy. Roman nawiguje między nimi i własnymi wątpliwościami, próbując reagować po swojemu, po ludzku. Ale czy to możliwe?


Sztybor, mimo ewidentnej przychylności dla swoich bohaterów, nie daje im ani chwili wytchnienia z prostego powodu: trzyma się bowiem brutalnej, ale żelaznej scenopisarskiej zasady, że każde działanie ma swoje konsekwencje. A Roman i pozostali ponoszą je na każdym kroku, ze słowem skargi, na które każdy pozostaje głuchy. Bo "Edgerunners" dalej, tak jak pierwszy sezon, nie oferuje żadnej taryfy ulgowej ani uczestnikom zdarzeń, przeciągając ich pod kilem, ani nam, ich obserwatorom, trzymającym kciuki za tych niedoskonałych ludzi, od których wymaga się ciągłego parcia naprzód, zwykle ku przepaści. Pytania o miejsce człowieka w zdehumanizowanym świecie pozostają głośniejsze od kul, choć te co chwila świszczą przy uchu.

Trudno powiedzieć, czy sceny akcji, czy te refleksyjne są tutaj milsze dla oka, ale nowe odcinki "Edgerunners" wydobywają z upudrowanego nieszczęściem blichtru Night City urodę nieprzeciętną. Chciałoby się napisać, jak oni tu pięknie cierpią. Ku naszej niekłamanej satysfakcji.
1 10
Moja ocena sezonu 2:
8
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Cyberpunk: Edgerunners
Dystopijna groza pozornie tylko odległego nam Night City polega na tym, że przy bliższym spojrzeniu jest... czytaj więcej