Serial Terry’ego Matalasa ma szczere ambicje intelektualne – których nie unosi. Ale za to oferuje eklektyczny gatunkowo i realizacyjnie wysokojakościowy spektakl.
Według uniwersalnego zegara filmowego żyjemy już od dawna w wyobrażonej niegdyś przez kino zaprzyszłości. Niby latające auta potrafią jedynie robić fikołki, a sztuczna inteligencja jest ciągle bardziej sztuczna niż inteligentna, ale fakt faktem, że postęp techniczny dokonuje się błyskawicznie, a ilość przetwarzanych przez nas dziennie informacji mało mózgu nie przegrzeje. Dlatego może to i dobry czas, aby poświęcić parę godzin na rozplątywanie gordyjskiego supła, jakim jest zagadka człowieczeństwa pewnego syntezoida, czyli androida o niewyobrażalnym niemal stopniu zaawansowania? Tu jednak leży algorytm pogrzebany: bo rozterki te aż chciałoby się przeciąć mieczem obojętności, jako że wokół pytań zbyt długo krąży się na paluszkach lub zagłusza jakimś łubudu, a szukanie odpowiedzi zwyczajnie przestaje obchodzić.
Choćby dlatego, że w "VisionQuest" brakuje pierwiastka ludzkiego. Chłód, żeby nie rzec: bezduszność serialu, pasuje jednak do podjętej tematyki, bo – przynajmniej na początku – bohater dysponuje jedynie narzędziami czysto analitycznymi do zgłębienia pojęć dotykających sfery emocjonalnej. Żeby w ogóle zrozumieć sytuację, w jakiej zastajemy Visiona, pracującego w edynburskiej knajpie i noce spędzającego w pomieszczeniu chłodniczym, należy odrobić zadanie domowe, na które składają się poprzednie filmy i seriale z owym herosem. Szczęśliwie, są one należycie streszczone na początku pierwszego odcinka. Poza tym wypada domniemywać, że kto ich nie oglądał, i tak nie sięgnie po omawiany tytuł. I choć "VisionQuest" mężnie dźwiga fabularny ciężar poprzednich odsłon MCU, nie udaje mu się zbudować na tym gruncie niczego trwałego.
Akurat to jest bolączką prawie wszystkich seriali ze świata Marvela – zwykle, z małymi tylko wyjątkami, nie oszukujmy się, trywialnych. Serial Terry’ego Matalasa ma tymczasem szczere ambicje intelektualne – których nie unosi. Ale za to oferuje eklektyczny gatunkowo i realizacyjnie wysokojakościowy spektakl. Nie udaje mu się uwolnić przy tym od pułapki blockbusterowego stylu opowiadania: narracja domaga się ciągłych eksplozji, zarówno fabularnych, jak i dosłownych. Akcja dzieje się niemalże równolegle w rzeczywistości materialnej i cyfrowej, czyli w komputerze centralnym Visiona (jak zawsze, o twarzy Paula Bettany’ego) zamieszkiwanym przez sztuczne inteligencje odpowiadające za różne funkcje.
Dziwić nie powinno, że najciekawszą z nich jest nie kto inny jak Ultron, pamiętny (a może jednak nieco zapomniany) wróg Avengers (tu pod postacią brodatego Jamesa Spadera), niedoszły likwidator ludzkości, który, uwięziony w świadomości głównego bohatera, zdążył swoje poglądy nieco przewartościować. Ba, wydaje się lepiej rozumieć rozterki Visiona niż on sam. Ale to zdradziecki przewodnik i deprawator, żaden głos sumienia – tego przecież obaj nie mają (?). Ich przypominające partyjkę intelektualnego ping-ponga rozmowy, choć niekiedy aż kuriozalnie banalne, to sól "VisionQuest". Pieprzem jest z kolei relacja bohatera z domniemanym nastoletnim synem, Tommym (Ruaridh Mollica), londyńskim kieszonkowcem, chłopakiem, w którego wstąpić miała świadomość dziecka wychowanego przez Visiona z Wandą. "Ale to była fikcja!", obruszy się ktoś. I słusznie.
Bo tematem serialu jest przecież żonglowanie prawdą faktyczną i odczuwalną. Poukładanie sobie siebie od nowa. Niestety, twórcy nie uznali, że to wystarczy, więc dorzucili do tego wszystkiego wątek Paladyna (Todd Stashwick), płatnego mordercy, który dybie na Visiona pod dyktando tajemniczego zleceniodawcy. Z założenia ożywia to akcję – bo ile można słuchać przekomarzania się cyfrowych jaźni ze skłonnością do słowotoku – ale też sprowadza "VisionQuest" do poziomu każdej innej telewizyjnej marvelówki. I z czasem redukuje wyjściową oryginalność serialu do roli zwyczajnego anturażu. Nie znaczy to, że całość nie intryguje i nie bawi, sporo tutaj niekłamanej frajdy, ale i zmarnowanego potencjału. Jakby uparto się, żeby przypominać nam na każdym kroku o proweniencji całej tej opowieści. Na tym etapie przynależność do szerszego uniwersum kinematograficznego wydaje się przynosić pojedynczym tytułom więcej szkody niż pożytku.
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.