"Genocyber" (1994) to absolutny szczyt cyfrowego nihilizmu i bezkompromisowej rzezi w anime lat 90-tych. Wyreżyserował tą serię Koichi Ohata, który przyłożył rękę do równie krwawego "M.D Geist"). W latach 90-tych japońska branża OVA nie miała dosłownie żadnych hamulców bezpieczeństwa - ani cenzuralnych, ani budżetowych.
"Genocyber" to "The Thing" (1982), "Scanners" (1981) i "Hellraiser" (1987) zderzony z mecha/body horrorem. Połączenie tkanki biologicznej z maszynami nie jest tutaj eleganckim cyberpunkiem w stylu "Ghost in the Shell" (1995). W "Genocyber" maszyny i ciało łączą się w sposób bolesny, organiczny i deformujący a la "Tetsuo" (1989). Mutacje, wyrastające z metalu kości, pękająca skóra i plątanina macek wprost nawiązują do "The Thing" (1982) Johna Carpentera. Sama postać Genocybera - hybrydy dwóch sióstr - wygląda jak koszmarny, biomechaniczny demon. To nie jest heroiczny mecha, tylko przerażająca siła natury i technologii, której nikt nie jest w stanie kontrolować.
W "Hellraiser" (1987) Clive'a Barkera mamy wątek przekraczania granic ludzkiego ciała poprzez ból i cierpienie. "Genocyber" czerpie z tego garściami: projekt cyborga i koncept broni psychicznej nie służą defensywie - to instrumenty absolutnego zniszczenia. Motyw połączonych sióstr niesie w sobie ten sam mroczny, psychologiczny ciężar. Przemoc w "Genocyber" jest krwawa, odrażająca, traumatyczna i sprawia, że świat przedstawiony wydaje się całkowicie wyzuty z nadziei. Trup ściele się gęsto, a eksplozje ciał, dekapitacje i wiwisekcje na ekranie są rysowane z niemal kliniczną, brutalną precyzją.
W "Genocyber" mamy chciwe korporacje, szalonych naukowców i obiekty eksperymentów, które stają się potworami. Przestrzeń miasta po przejściu Genocybera zamienia się w totalną ruinę (haikyo) stali i organicznych szczątków.
Bezkompromisowa rzeź dark cyberpunk/bio-horror OVA ze świetną kreską.