Gdybym już dawno nie przyzwyczaił się do traumy jako głównej siły narracyjnej w popkulturze pewnie po pierwszym odcinku zakończyłbym to wyzwanie. Jak zwykle ostatnimi laty rozpoznanie głównej osi fabularnej jako jednej wielkiej indywidualnej ale przy tym wiążącej wszystkich ze sobą traumy nie zajmuje dużo czasu. Choć twórcy akurat w tej historii twórcy postanowili dosłownie wszystkich powiązać a wręcz związać głęboką traumą. Bohaterowie to grupa przypadkowych, choć powiązanych w zawiły sposób osób które doświadczyły niewyobrażalnego cierpienia i krzywdy w wyniku zbrodni popełnianych przez psychopatów. Twórcy konsekwentnie eksploatują te traumy w ciągłych retrospekcjach odsłaniających przy tym te powiązania. Ponieważ serial to 20 długich odcinków otrzymujemy historię pozornie kilkukrotnie przemaglowaną z różnych punktów widzenia, różnych interpretacji i perspektyw. Niecierpliwi powiedzą ciągle to samo i to samo.
Rozumiem, że konwencja opowiadania historii i sposób gry aktorskiej w filmie koreańskim to danie nie dla każdego. Od czasu Pani Zemsty jest to dla mnie kino ogromnie satysfakcjonujące. Tak jest również z serialem Mysz. Odrobinę zawieszając niewiarę otrzymałem smaczne danie. Aktorstwo w mojej ocenie jest bardzo wiarygodne. Historia jest skomplikowana na sposób węzła gordyjskiego i w istocie nie zostaje rozwiązana, ale kilkakrotnie przecięta, zanim otrzymujemy ostateczne wyjaśnienie i rozwiązanie. Ponieważ nie należę do wielbicieli twórczości quentina tarantino to przeplatana ciągłymi retrospekcjami, różnymi układającymi się na kilka sposobów w jedną całość historiami opowieść mogłaby dla mnie być po prostu linearna. Nie jest, jest labiryntem scen, sugestii i niedopowiedzeń, wspomnien. Od czasów Hannibala Lectera Wariacje goldbergowskie będą już chyba towarzyszyły psychopatom. A pytanie czy zmiana osobowości, pamięci, postrzegania - wyleczenie w istocie z choroby - wyłącza winę, stanowi ważny kontrapunkt dla powierzchownego potępienia, pozostawiając dyskomfort przy zakończeniu.