Artykuł

To idzie młodość - nowe pokolenie aktorów

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/To+idzie+m%C5%82odo%C5%9B%C4%87+-+nowe+pokolenie+aktor%C3%B3w-57431
Trudno pisać o aktorstwie. Można mnożyć wymyślne epitety, ale sedno i tak umyka. Sztuka aktorska polega na nieuchwytności – niemożności nazwania tego, co jest prywatnym wrażeniem: pamięcią emocjonalną widza. W kinie i w teatrze obcujemy z (aktorskimi) fantomami przypominającymi nam przeczytane książki, obejrzane filmy, przede wszystkim jednak prywatne doświadczenia. Spotkania, romanse, rozczarowania, dramaty. Jak to wszystko nazwać? Jak opisać?  RAJSKIE OGRÓDKI Kilka lat temu pisałem duży esej do "Kina", poświęcony nowemu pokoleniu młodych polskich aktorów. Bardzo ich wtedy żałowałem – że nie mają gdzie grać, nie dostają ról na miarę talentu, obijają się o seriale i telenowele. Na szczęście byłem fałszywym prorokiem. Coś jednak drgnęło, zmieniło się na lepsze. Bohaterowie tamtego artykułu są dzisiaj oczywiście w bardzo różnych (zawodowo) miejscach. Niemniej plusów jest więcej niż minusów. Z podziwem patrzę na drogę Karoliny Gruszki – aktorki, która nie dała się uwieść zbyt łatwej popularności, tylko konsekwentnie doskonaliła warsztat, mądrze selekcjonowała propozycje i między innymi dlatego jest dzisiaj jedną z najciekawszych twarzy już nie tylko w polskim, ale także w europejskim kinie – ostatnio zagrała główną rolę Jany w największej czeskiej produkcji 2009 roku – filmie "Trzy sezony w piekle" Tomáša Mašína. Szanuję również ambicje Kamilli Baar: że nie wkręciła się w żadne filmowe repetycje Magdy z "Vinciego", pracuje przede wszystkim w teatrze –  u najlepszych reżyserów (ostatnio piękna rola w "Tangu" Mrożka, spektaklu w reżyserii Jarockiego), a kiedy już pojawia się w kinie, niemal zawsze epizod z jej udziałem staje się perełką – vide rola w "Zerze" Borowskiego. To budujące przykłady. Niestety, są także inne. Wciąż chcę pamiętać Joannę Liszowską ze wspaniałej kreacji w "Rajskim ogródku" Różewicza w reżyserii Pawła Miśkiewicza, być może najwybitniejszym teatralnym dyplomie, jaki widziałem kiedykolwiek, niż z roli rubasznej podfruwajki w srebrnej sukni, biegającej z mikrofonem i zawodzącej stare szlagiery. Wierzę również, że Tomasz Kot wróci jeszcze do formy z czasów, kiedy grał Ryszarda Riedla w "Skazanym na bluesa", i nie będzie powtarzał w nieskończoność tych samych min w bliźniaczo do siebie podobnych filmowych potworkach. Młodzi szukają swojego miejsca. Praca w teatrze i w kinie nie wszystkim wystarcza. Barbara Kurzaj – jedna z najciekawszych aktorskich twarzy, która nie miała jeszcze szczęścia zagrać roli na miarę swojego wielkiego talentu, pisze  scenariusze i reżyseruje (z dobrym rezultatem – vide niezależny "Panoptykon" ze świetnym Piotrem Głowackim). Karolina Kominek, utalentowana aktorka teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie (poruszająca Alison Porter w "Miłości i gniewie" Osbourne’a, spektaklu w reżyserii Magdy Piekorz), występuje w intrygujących quasi-filmach Wilhelma Sasnala. Znakomity malarz tworzy na pograniczu filmowych gatunków, antropologii i plastyki. Jego filmy w swojej bezkompromisowości przypominają mi wczesne dokonania Dereka Jarmana. Kominek pełni w filmowym świecie Sasnala bardzo ważną rolę. W zagadkowym "Świniopasie" aktorka funkcjonuje jako ożywiona instalacja. Jest swego rodzajem medium zakreślającym granice estetycznego przyzwolenia widza. Barbara Wysocka, do niedawna "jedynie" dobrze zapowiadająca się aktorka Teatru "Starego" w Krakowie, została okrzyknięta najgorętszym nazwiskiem reżyserii teatralnej w Polsce. Tylko w ubiegłym roku, w zabawny i brawurowy sposób zaadaptowała w teatrze "Pijaków" Bohomolca, wystawiła "Kaspara" Handkego, wreszcie zaskoczyła dojrzałą inscenizacją opery "Zagłada domu Usherów" Philipa Glassa w Teatrze Wielkim. Wysocka występuje także w filmach. Niestety, wyłącznie niemieckich ("A na koniec przyszli turyści" Roberta Thalheima)… WSZYSCY, KTÓRYCH KOCHAM Młodzi aktorzy mają power, entuzjazm i energię. Oby wystarczyła im jak najdłużej. We "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha z rozbrajającym uśmiechem wkroczył do polskiego kina Mateusz Kościukiewicz. Ten student krakowskiej PWST ma ciekawą osobowość i duże szanse na status pokoleniowego idola. Za kilka miesięcy odbędzie się premiera "Matki Teresy od kotów" Pawła Sali, filmu w którym Kościukiewicz wcielił się w postać krańcowo różną od glamourowego Janka z "Wszystko, co kocham". Zagrał Artura, młodocianego matkobójcę. Również kolega Mateusza (Janka) z planu "WCK": Jakub Gierszał, pojawi się wkrótce w typowanym na wydarzenie najbliższego festiwalu w Gdyni debiucie Jana Komasy – "Sali samobójców". Niektórzy dobrze pamiętają Olgę Frycz. Nie tyle ze względu na nazwisko jej sławnego ojca, co z uwagi na znakomite "dziecięce" role Olgi w filmach Marczewskiego ("Weiser") i Bogajewicza ("Boże skrawki"). We "Wszystko, co kocham" Frycz jest naturalna, sympatyczna i prawdziwa. Narodziny gwiazdy – w ten sposób, bez nadmiernej przesady, można określić status Joanny Kulig. Na razie trwa cisza przed burzą. Jeszcze nie jest zbyt popularna – chociaż otrzymała już nagrody na festiwalach w Gdyni i w Koszalinie za swój brawurowy aktorski debiut w filmie "Środa, czwartek rano" Grzegorza Packa. Jednak wszystko, co najlepsze, dopiero przed nią. Kulig zobaczymy nie tylko w dużych rolach w nowych filmach Janusza Kondratiuka i Magdaleny Łazarkiewicz, spektaklach Krystyny Jandy i Krzysztofa Jasińskiego, ale także w znaczących produkcjach europejskich. Skoro tak bardzo ekscytujemy się hollywoodzkim macierzyństwem pani Curuś, albo potencjalnym epizodem Szyca u boku Bruce'a Willisa, warto poinformować czytelników Filmwebu, że Joanna Kulig właśnie zagrała ważną rolę w niemieckim filmie Anny Justice u boku Leny Olin, niebawem w Londynie rozpoczyna zdjęcia do filmu "The woman in the fifth" z Kristin Scott-Thomas i Ethanem Hawkiem, z kolei w drugiej połowie roku prawdopodobnie zagra jeszcze jedną, tym razem już główną rolę w bardzo prestiżowej koprodukcji z udziałem wielkiej gwiazdy europejskiego kina, o której jeszcze nie mogę napisać… Jednym słowem – fenomen. Również Katarzyna Maciąg, po zbyt długim romansie z komercją (serial "Teraz albo nigdy!", film "Randka w ciemno") zaczyna drugi, ambitniejszy rozdział swojej kariery. W filmie "Hochzeitspolka" Larsa Jessena zagrała obok gwiazdy kina niemieckiego Christiana Ulmena, znanego u nas na przykład z "Cząstek elementarnych" Oskara Röhlera. Powinno być wydarzenie. CIĄG DALSZY NASTĄPI O tym, że Marieta Żukowska może zagrać wszystko: żądzę ciała i desperację duszy dowiedziałem się niekoniecznie z "Nieruchomego poruszyciela" Barczyka (o "Ciachu" nie wspominając), tylko z porywających, łódzkich spektakli Mariusza Grzegorzka z jej udziałem. Wśród facetów, poza wspomnianym już Piotrem Głowackim, trzymam kciuki za coraz ciekawszego aktorsko Wojciecha Zielińskiego oraz za Pawła Tomaszewskiego, który po debiutanckim falstarcie ("Środa, czwartek rano"), w kolejnych filmach udowodnił, że stać go na dużo więcej. Filip Garbacz – aktorskie objawienie ze "Świnek" Glińskiego (wkrótce, w duecie z Kościukiewiczem, zobaczymy Filipa  w "Matce Teresie od kotów") – jest dziecięcym talentem porównywalnym z dokonaniami młodej Agnieszki Krukówny. Klarze Bielawce, niezapomnianemu Joasowi z "Sędziów" Wyspiańskiego, dyplomu krakowskiej PWST w reżyserii Jerzego Stuhra, wystarczyło jedno zdanie wypowiedziane kilkakrotnie w "Rewersie" Lankosza: "Poezja, słucham", żeby ją zapamiętać. Ciąg dalszy, mam nadzieję, nastąpi. Aleksandra Bednarz w offowych "Drucikach", filmie opierającym się na improwizowanych dialogach, była tak przekonująca, że specjalnie dla niej powinien powstać polski wariant "Przed wschodem słońca" Linklatera. Partnera Bednarz mógłby zagrać na przykład Bartosz Porczyk, aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu. W spektaklach wrocławskich z udziałem Porczyka, na przykład w głośnej "Sprawie Dantona" Przybyszewskiej w reżyserii Jana Klaty, Porczyk był przemiennie perwersyjny i tajemniczy. Hipnotyzujący. Na filmowe odkrycie – oby nastąpiło jak najszybciej – czekają również: charyzmatyczny Marcin Hycnar (wystąpił już w "Drzazgach" Pieprzycy), naturalistyczna Marta Ojrzyńska, wszechstronny Krzysztof Piątkowski, przystojny Piotrek Polak. Oni – i wielu innych… *** Generacyjna zmiana pokoleniowa w polskim kinie stała się faktem. Warto ją ogłosić. Dlatego, wzorem niezapomnianej Joanny Szczepkowskiej, z radością mogę obwieścić: proszę państwa, oto idzie (aktorska) młodzież. Ciekawe dokąd dojdzie?
Udostępnij: