Niestety film mocno średni. Najbardziej przeszkadza skrajnie czarno-biały sposób przedstawienia budapesztańskich wydarzeń: Rosjanie (zarówno żołnierze, jak i zwykli waterpolowcy) oraz AVH przedstawieni są w tak absurdalnie negatywnym świetle, że produkcja nabiera niezamierzenie kreskówkowych klimatów. Inaczej niż miało to miejsce w polskim "Czarnym czwartku", filmie pod wieloma względami bardzo podobnym do "1956", mimo tych wszystkich zabiegów nie odczuwałem do naszych antagonistów jakiejś specjalnej niechęci.
Fabuła jest niezwykle przewidywalna, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja trochę orientuję się w dziejach węgierskiej rewolty, przy czym trzeba przyznać, że film wyraźnie celuje w zagranicznego odbiorcę:każdy, kto zasadniczo zna realia Europy Wschodniej z okresu zimnej wojny, powinien bez problemu odnaleźć się w przedstawianych wydarzeniach. Szkoda tylko, że czasem przekracza to pewne granice przyzwoitości: np. w scenie pod siedzibą Parlamentu, w której Viki musi objaśnić bratu głównego bohatera, dlaczego tłum reaguje oburzeniem na słynne "Towarzysze!" Nagy'a.
W "1956" wszystko po prostu dzieje się za szybko i nie dane jest nam za bardzo poznać żadnego bohatera z wyjątkiem głównej pary. Zapalony antykomunista-student? Bum, pierwsza ofiara walk. Brat głównego bohatera, prący do walki? Bum, przez niego ginie jego przyjaciel, bo po czym traci dla historii jakiekolwiek znaczenie. Jedna z czołowych rewolucjonistek spodziewa się dziecka? My — skądinąd bardzo słusznie — spodziewamy się czegoś zgoła innego.
Osobnym problemem są relacje na linii Karcsi-Viki, które przebiegają typowym dla romansideł schematem. Karcsi z pupilka władz zmienia się w zagorzałego antykomunistę właściwie bez jakiegokolwiek powodu w ciągu 10 minut, zaś Viki jest postacią tak do bólu kryształową i idealną, że trudno czuć specjalne emocje, gdy chowa się w ruinach kamienicy przed czerwonoarmiejcami.
Jeśli chodzi o realizację, to "1956" prezentuje zdecydowanie wyższą półkę kina europejskiego, nawet jeśli sceny akcje ograniczają się do niezbędnego minimum. I nawet jeśli wybuchające w całym mieście pożary nie prezentują się zbyt okazale, wynagradza nam to seria salw z T-54 rozwalających kolejne okna. Mimo to i tu nie udało się uniknąć patetycznych wstawek, jak choćby nadużywanie zwolnionego tempa w trakcie finałowego meczu piłki wodnej. Ogólnie jednak film prezentuje się zdecydowanie nieźle, a i posłuchać jest czego, nawet jeśli ścieżka dźwiękowa za bardzo nie zostaje w głowie po seansie.
Podsumowując, "1956" to sprawnie zrealizowane kino martyrologiczne dla niewymagającego widza. Nie ma tu żadnych dłużyzn ani głębi, wszystko przedstawione jest w sposób zrozumiały dla przeciętnego zajadającego chipsy ziemniaczane widza. I tak właśnie należy doń podchodzić.