Moja interpretacja

użytkownik usunięty

Sprawa wygląda tak, że na drugim seansie poczułem to przyjemne kliknięcie w głowie, wiecie, trochę jakby echem obił się po ścianach czaszki dźwięk klocka wpadającego we właściwe miejsce. Słyszysz radosne szczęknięcie i wiesz, że to odgłos myśli zetkniętych właściwymi krawędziami. Dlatego teraz na szybko spiszę tu luźne przemyślenia odnośnie problematyki filmu, bo inaczej będą mi krążyć we łbie przez resztę dnia - z góry przepraszam zatem za ewentualną nieskładność wywodu.

Co rzuciło mi się w oczy najbardziej jeśli chodzi o samą strategię reżysera, to jak skrzętnie i zarazem kompleksowo organizuje sobie tematyczne wiązki, by ostatecznie związać je w jeden, zadziwiająco sensowny wzór. Fakt, że prowadzi sobie dwutorowo zupełnie odrębne motywy, które na końcu tak ślicznie zazębiają się w jedno, świadczy o tym, że Garland panuje nad materiałem w dosłownie każdym calu, czując środki filmowego przekazu opuszkami palców.
Od początku komunikuje przecież motyw samokreacji (film zaczyna się od ujęcia komórki, z której powstaje identyczna komórka, i obrazek ten powraca kilkakrotnie w przeciągu filmu, a w końcówce Portman dosłownie stwarza nową Portman), co w szerszym rozumieniu jest mniej więcej tym, co człowiek robi każdego ranka, automatycznie załączając w głowie projekcję samego siebie, która jest mu punktem oparcia i jakimś takim środkiem ciężkości. A potem znowu, na użytek świata zewnętrznego i ludzi z którymi mamy kontakt, stwarzamy osobę, którą zakładamy na siebie jak jakiś przezroczysty ciuszek. Jedna z bab mówi nawet coś w stylu „noszę w sobie dwie żałoby – po mojej córce i po osobie, którą kiedyś byłam”.
A z drugiej strony, mniej więcej od połowy wbija temat bezsensownego, wewnętrznego przymusu, by działać przeciwko sobie i rujnować rzeczy, które w teorii powinny przynosić jakiś rodzaj spełnienia. Każdy rozdział zaczyna się scenką domową, i powoli zaczyna się to układać w obrazek rozpadającego się związku, co uderza tym bardziej, że przecież oboje nadal się kochają, a spanie z kolegą z pracy to raczej przejaw nieświadomej wrogości do samej siebie.
I na końcu te motywy zbiegają się, w połączeniu nabierają większego sensu – reżyser jak dla mnie mówi tu ni mniej, nie więcej, że ta potrzeba autodestrukcji może mieć własne źródełko w nieustannej autokreacji. Że niektórym związkom może pomóc już tylko – alegoryczne rzecz jasna, choć realne w ramach opowieści - spalenie się do cna i stworzenie siebie nawzajem od podstaw, na nowo. Film kończy się ujęciem Portman i jej męża w afirmacyjnym objęciu – czyli co, na poły udało się, znowu „dotarli” do siebie, ale mimo to… ogólny wydźwięk zdaje się być cokolwiek ambiwalentny. Reżyser w zasadzie zostawia nas z pytaniem o granice podmiotowości; zmiana warunkuje wszystko na tym świecie, każdy z nas jej podlega, ale w którym miejscu jednostka traci samą siebie? Jak bardzo można przesunąć granicę naszego „ja”, nim staniemy się kimś innym?

58
  • A jak myślisz która Natalie P. Wyszła na koniec z latarni? W scenie gdZie Portman oglada siniaka nie dostrzeglem tatuażu a Portman na końcu ma dziarke w kształcie 8

    • Jest jeszcze końcowa scena, w której przytula się do kopii swojego męża. W scenie tej na chwilę zmieniają mu się tęczówki oczu i kiedy jest zbliżenie na twarz Portman również to samo dzieje się z jej oczami. Odpowiedź nasuwa się sama, że to także obcy byt będący kopią naszej bohaterki.

      • Moim zdaniem nie ma rozdzialu na portman i kopia portman, przez stycznosc ze soba obie mialy na siebie wplyw, obie staly sie jedna, totez portman jednoczesnie zginela w latarni i wyszla z niej, przez to 'kopie' maja ten metlik w glowie.
        Co do tatuazu, polecam obejrzec scene w latarni skupiajac sie na nim. Prz wreczaniu granatu, miala tatuaz tylko ta wersja ktora umarla, portman ktora uciekala nie miala tatuazu, ale juz po wyjsciu z latarni ten tatuaz ma, czyli, zmienila sie przez sama stycznosc (tak jak bohaterka porwana i rozszarpana przez 'niedzwiedzia', pozniej niedzwiedz nabyl jej cech i stal sie troche nia)
        Tak ja to odczytuje

        • To co daje się zauważyć to klony-kopie nie były już takie same jak ich protoplaści. Widać to po klonie męża Portman. Po powrocie do domu nie jest już tą samą osobą co wcześniej. Jest jakby pozbawionym emocji, zimnym i nieobecnym. Zmiana jego osobowości widoczna jest wyraźnie w porównaniu z retrospekcjami sprzed wejścia do strefy, w których poznajemy go jako pełnego energii, spontanicznego człowieka. Później zdradza go kompletny brak emocji. Dlatego na jego przykladzie trudno jest stwierdzić, że to jedna i ta sama osoba. Jeśli kiedykolwiek dojdzie do klonowania ludzi, co nie jest takie oczywiste (głównie ze względów etycznych i moralnych) to klon jako idealna kopia, nie będzie w stanie posiadać uczuć, emocji czyli całej tej empatii osoby, z której powstanie. Pewne cechy osobowości można zdobyć jedynie na drodze wychowania i zdobywania doświadczenia i nie da się ich skopiować, jak być może uda się to z pamięcią. Stąd każdy z nas jest inny, niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju tak jak droga, którą podąża. Jeśli chodzi o końcowe sekwencje scen w latarni z Portman to faktycznie tak było z jej tatuażem jak napisałeś. Nie zwróciłem na to wcześniej uwagi. W tym świetle twoja interpretacja nabiera sensu. Jednak...No właśnie...Film jest niejednoznaczny i można go interpretować na wiele sposobów. Nic nigdy nie jest do końca oczywiste... i może to lepiej... : )

        • obie "wersje" miały tatuaż. Lena ma go na ręce z zegarkiem od wewnętrznej strony - widać tylko jego krawędź, ale można go dostrzec.

          • A dostrzegles kiedy tatuaz pojawia aie pierwszy raz (wg chronologii). Bo dostrzeglem go na rece tej 'ratowniczko medycznej' co je przywiazala, ale tez nie wiem czy miala go od poczatku (pod tym kontem musze film jeszcze raz obejrzec). A lena tak otwaecie go prezentuje od poczatku ostatniego aktu, zaraz po retrospekcji jak czyta "niesmiertelne zycie henrietty lacks" (swoja droga, tez solidny trop to)

            • Kiedy Lena i Sheppard płyną łodzią na ręce Leny widać siniaki (w miejscu, gdzie później jest tautaż). Sheppard pyta Lene co to, ona odpowiada, że to siniak - pewnie po walce z aligatorem, na co Sheppard uśmiecha się dość cynicznie - i właśnie tego trochę nie rozumiem.
              Powiedziałabym, że tatuaż powstał po tym jak Lena zabija aligatora - to jakieś znamię, które symbolizuje, że cząstka tego stworzenia przenikła w Lenę. Tak jak później jest wspomniane w przypadku stworzenia, które zabiło Sheppard.
              Byłoby to dosyć logiczne tylko nie wiem skąd tatuaż u tej ratowniczki. Chyba nie zdołała nic zabić?
              Warto też wspomnieć, że ten tatuaż to nie "ósemka" tylko symbol nieskończoności. Nie jest to powiedziane jasno w filmie ale jak dla mnie to oczywiste.

        • "Co do tatuazu, polecam obejrzec scene w latarni skupiajac sie na nim. Prz wreczaniu granatu, miala tatuaz tylko ta wersja ktora umarla, portman ktora uciekala nie miala tatuazu" jak się dobrze przyjrzysz, to obie miały tatuaż na lewej ręce po wewnetrznej stronie.

      • Nie koniecznie to musi być kopią Portman bo oczy mogły się zaswiecic dlatego ze miała w sobie komórki z iskrzenia a nie dlatego że jest kopią

      • Czym było iskrzenie oraz tytułowa anihilacja? Czym była postać w latarni?

    • Oczywiście to symbol nieskończoności, a nie ósemka. To daje kolejny asumlt do rozważań nad sensem filmiku. Świadomie piszę "filmiku". Nie zachwycił mnie szczególnie...

  • To już któraś z kolei prawdopodobna interpretacja "Anihilacji" i moim zdaniem właśnie to jest oznaką dobrego filmu. Kiedy możliwości rozpatrywania są szerokie, a dyskusje nad fabułą nie kończą na kilku zdaniach. W kwestii zakończenia: przychylam się do opcji, że główna bohaterka nie jest podmieniona, ale zmieniona, jako że każdy kontakt z Iskrzeniem zmieniał DNA oraz widać płonącego "obcego" po wyjściu Portman z latarni (wtedy traci podobieństwo do głównej bohaterki, zamieniając się znowu w tamten dziwny twór). Ogólnie sama istota Iskrzenia (skąd się pojawiło, jaki ma cel, i tak dalej) jest bardzo ciekawym materiałem do dyskusji. Nie da się tego rozpatrywać jednowymiarowo. Chociażby celowość zjawiska, jakim było Iskrzenie. Czy wszystko musi być celowe i ukierunkowane? Tak zakładają religie, ale we wszechświecie wszędzie widzimy pozornie uporzadkowany haos i przypadkowość (kod genetyczny, ruchy ciał niebieskich). Stwierdzenie, że "obcy", czy cokolwiek to było, niczego nie chciał, że nie miał świadomości, jest bardzo interesujące. Dlaczego powstało życie na ziemi? Bo jakaś komórka zdecydowała, że sobie ją zawładnie dla siebie? Przecież nie. Jedynym "celem", zupełnie nieświadomym, jakim mogło być, to samo życie, tak jak celem życia jest śmierć, aby móc ponowić cykl, bo tylko w taki sposób można ewoluować. To samo robi "obcy". Rzadko daję jakiemukolwiek filmowi dziesiątkę, bo "arcydzieło" to ocena, którą nie można dawać byle komu. Ale ponieważ dawno nie pamiętam, kiedy jakiś film, aż tak zmusił mnie do aktywnego udziału w filmie i użycia szarej makówki, dostaje bonusowo punkcik do dziewiątki (z drugiej strony, jak żenujące jest dzisiejsze kino, by za coś, co powinno być podstawą, przyznawać osobne punkty?)

    • "To już któraś z kolei prawdopodobna interpretacja "Anihilacji" i moim zdaniem właśnie to jest oznaką dobrego filmu." Moim zdaniem wielość interpretacji danego filmu wcale nie działa na jego korzyść. Mało tego - może wtedy sprawiać wrażenie, że jest on (film) przekombinowany i że reżyser nie wyraża się jasno. Żeby było jasne...nie mówię, iż film ma być prosty w odbiorze, ale jeśli jest kilkanaście interpretacji to znaczy, że cos po drodze nie wypaliło

    • Mi się bardzo spodobała wizja "obcego", który nie chce niczego konkretnego, bo to daje trochę świeżości. Połączenia są przypadkowe, bo są przypadkowe itd. Tego na pewno brakowało w kinie, gdzie raczej obcy chcą od razu niszczyć świat/przekazać coś itd. Fajna również była warstwa wizualna, że nie jest to coś co się widzi we wszystkich filmach wykorzystane jak wszędzie. Martwi mnie jednak to, że film który pretendował do świeżości, to jeśli chodzi o grubsze ujęcie fabularne jest wtórny. Mamy wyprawę w celu, żeby zbadać coś dużego, o czym nic nie wiemy i najlepiej to rozwalić z użyciem (a jakże) czegoś co robi "bum". No i typowe otwarte zakończenie. Ile razy w historii kina już widzieliśmy motyw, że nie bezpieczeństwo zażegnane, ale jednak nie do końca. Czyli mamy nowe wykorzystanie starego motywu, ale jednak skończone bardzo poprawnie. Co prawda na szczęście bum nie było duże, więc nie jest idealnie szablonowo i też wszystko jest uzasadnione fabularnie, bo mamy bohaterkę ze zmienionym dna i męża, który jest klonem, ale czegoś mi na końcu jednak zabrakło. Chyba, że uznamy, że w kinie wszystko już było, a filmy można skończyć tylko na skończoną ilość sposobów...

  • Ja widze to jeszcze inaczej, przynajmniej jeśli chodzi o samą istotę która przybyła na ziemie. Jeśli ktos kiedys czytał Lema to pojawia się tam konspekt Boga-Dziecka. Jeśli boska istota o nieograniczonych możliwościach nie jest jeszcze doświadczonym starcem jakiego kojarzymy z wizerunku biblijnego to tez nie do konca moze być świadoma swoich działań twórczych. Podobnie jak dziecko uczy sie dopiero panować nad tymi mocami -a wiec nie tylko tworzy ale takze niszczy, miesza te dwie rzeczy i kreuje je na nowo. Naśladuje by zdobyć punkt odniesienia, tak jak naslodowalo główna bohaterkę w latarni, tak jak nasladowywalo podział komórek, czy naturę - ale zawsze dodając cos od siebie. Mogło zginąć czasoprzestrzeń, mutowac geny, tworzyc życie i odbierać je - wszystko po to by ewoluowac I nabierać umiejętności, okiełznać siebie. Ja ta istotę widze właśnie jako młodego boga.

  • Przepraszam, ale film interpretuje się w stosunku do fabuły przedstawionej przez reżysera, trochę płytko i z dużymi skrótami myślowymi

  • Piszesz o luznych przemysleniach, a ubierasz swoj opis w ladniutkie slowa jak bys byl netflixowym trollem który widzi ze spadlo zainteresowanie filmem jak i jego ocena.

    Napisales ze rezyser "...panuje nad materiałem w dosłownie każdym calu, czując środki filmowego przekazu opuszkami palców" To co piszesz to blamaz. Zaluje ze rezyser tworzac film Science-Fiction bardziej skupil sie na sferze psychologicznej. Cala strona Science/Bio-Science tego filmu lezy na lopatkach. Od momentu kiedy ekipa wchodzi do strefy iskrzenia absurd goni absurd, nie tylko jesli chodzi o sprawy czysto naukowe ale i logike zachowan bohaterow. Dodatkowo realizacja sceny w latarni to jakies nieporozumienie i porazka jesli chodzi o efekty specjalne. Scena ta pokazala tylko, ze rezyser nie mial dobrego pomyslu na zakonczenie. Wplatanie watkow, jak to napisales ze "scenami domowymi" nie jest do konca spojne, bardziej przyczynia sie do tego ze, film dluzy sie jak flaki z olejem, co dobijaja calosc do poziomu slabiaka.

  • "Że niektórym związkom może pomóc już tylko – alegoryczne rzecz jasna, choć realne w ramach opowieści - spalenie się do cna i stworzenie siebie nawzajem od podstaw, na nowo. Film kończy się ujęciem Portman i jej męża w afirmacyjnym objęciu – czyli co, na poły udało się, znowu „dotarli” do siebie, ale mimo to… ogólny wydźwięk zdaje się być cokolwiek ambiwalentny. "

    Wydaje mi się że może to być jedna z interpretacji tego filmu, ponieważ przez cały seans mamy wstawki o autodestrukcji ich związku. Po ciężkich walkach i próbach w końcu są razem, ale to już nie jest to samo. Jak to mawiają: papier raz zmięty, nie może być z powrotem idealny. I to widać w końcowej scenie - oboje są na swój sposób 'zmutowani', zmienieni, najprawdopodobniej już nieodwracalnie. Zastanawiające jest to że jako jedyni przeżyli obecność w 'Iskrze' (o ile dobrze pamietam chyba tak to się nazywało), a całość kręci się wokół nich chociaż to 'iskra' powinna być głównym problemem. Być może przemawia to za tym co napisane wyżej.

    Jak widać film nie taki zły. Można go interpretować na wiele sposobów co jest interesujące. A zrobienie czegoś takiego nie jest wcale takie proste. Świetnie poprowadzona wielowątkowość i przeplecione ze sobą różne wydarzenia. Moim zdaniem film wymaga dużego skupienia podczas oglądania i baczenia na szczegóły. Nie jest to produkcja z gatunku 'usiądź wygodnie w fotelu, czasem możesz się zdrzemnąć, ale jak wszystko się skończy i tak będziesz wiedział o co chodziło'. Ja się przyznam że skupiałem się bardziej na tym co widzę niż na tym co reżyser faktycznie chciał przekazać , tym drugim dnem. Dlatego ten film mocno przypomina mi inny pt. "Życie Pi", który obejrzałem z już większym skupieniem.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: