Film zakręca pętle i to mi się w nim najbardziej podobało. Nietypowa historia o miłości, o przeznaceniu opowiedziana w wspłczesności. Czy mogłaby się wydarzyć naprawdę?Takie zadaje sobie pytanie po obejrzeniu filmu. Ciepła, pełna romantyzmu opowieść.
Moim zdaniem ciepła dodaje także Sandra Bullock, którą za to właśnie najbardziej cenię. Jest ciepła, ale nie cukierkowa. Natomiast główny wątek - miłość - jest ponadczasowa i, co wynikało z filmu, może pokonać nawet barierę czasu. Mnie się bardzo podobała jedna z ostatnich scen, w których Kate dowiadując się o śmierci Alexa (dwa lata wcześniej), zbiega po schodach z biura architektonicznego jego brata, aby ostrzec Alexa o zbliżającej się katastrofie. Różnica czasowa pomiędzy nimi wynosi dokładnie 2 lata. Więc, gdy u Kate jest 14 luty 2008, u Alexa jest 14 luty 2006, czyli dzień, w którym jesgo sobowtór ginie pod kołami autobusu (scena z pocżątku filmu). Rewelacyjne było to napięcie Kate, gdy mogła tylko czekać na to, czy Alex odczyta jej wiadomość, żeby zaczekał jeszcze 2 lata... Wiem, że zalatuje może troszeczkę telenowelą brazylijską, ale ja uwielbiam takie momenty. No i oczywiście "happy end", który w amerykańskich filmach jest nieodzowny i pozwala poczuć w powietrzu nutkę optymizmu i nadziei, mimo że może kompletnie nierzeczywistej:)