śmieszne.. ten film tak naprawdę momentami jest kiczowaty do bólu, właśnie w tych swoich glamrockowo-narkotykowych odlotach, kolorach, gwałtownych kontrastach (początek jak z bajki i przeskok do sekwencji koncertu), w kreacji wszystkich drugoplanowych postaci (wuj Briana!).... i zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, od kiedy go zobaczyłam będąc w Anglii. Nie wiem, czy zdarzył mi się od tamtego czasu (2 lata!) miesiąc bez oglądania tego filmu/słuchania soundtracku... :) "Idol" ma to _coś_ w sobie, co sprawia, że trudno się od niego uwolnić. Pozdrawiam wszystkich!