Moje pierwsze spotkanie z kinem Pakistańskim. Nie wiem co myśleć...
Scenariusz przypomina mi opowiadania które pisywałem mając 10 lat. Nie jestem nawet w stanie użyć przymiotnika "naiwny". To po prostu bajka, gdzie logika nie liczy się w żaden sposób. Bohaterowie wyrażają się jak nastolatki. Ich marzenie stworzenia jadłodajni brzmią niczym deklaracja "kiedy dorosnę będę...", romanse przypominają zabawę w dom, a rozmieszczenie lokacji w mieście jest nie do określenia, bo czasami pół dnia jadą w jakieś miejsce, a czasami zajmuje im do kilka minut. Miałem wrażenie że oglądam podwórkową zabawę, a nie film.
Ale od mieszania z błotem "Josh" jestem daleki. Widać tak wygląda wrażliwość Pakistańczyków. Nie oglądają kina europejskiego, a Bollywood. Dysponując minimalnym budżetem i próbując wzorować się na Indiach nie mogło wyjść coś innego.
Na plus zdjęcia. Można zarzucać że to jest zbyt kolorowy film, ale akurat to mi przypadło do gustu. Zwłaszcza ujęcia pokazujące miasto z góry, gdy sepiowe kadry ubarwione są różem i błękitem. Dzieci nie umieją pisać scenariuszy, ale ładnie malować tak.
Nie żałuję seansu. Do na pewno nowe doświadczenie, bo czegoś takiego w życiu nie widziałem. Trudno mi powiedzieć czy polecam. Myślę że jeżeli pasjonujecie się kinem, to żadne wyzwanie wam nie straszne i spokojnie możecie sięgnąć po "Josh". Ja chętnie obejrzę jeszcze jeden Taliwood dla porównania...
Dobra, moja teoria o przesadnym wpływie kina Indyjskiego jest z palca wyssana. Reżyserka przecież uczyła się kręcić w Stanach... Nie mam pojęcia dlaczego ten film wygląda jak wygląda...