Puss in Boots

1 godz. 30 min.
6,5 78 163
oceny
6,5 10 78163
9 122
chce zobaczyć
5,7 9
ocen krytyków
{"rate":5.6666665,"count":9}
{"type":"film","id":219972,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/Puss+in+Boots-2011-219972/tv","text":"W TV"}]}
powrót do forum filmu Kot w butach
  • andrzej_goscicki ocenił(a) ten film na: 7

    Kiedy wyszedł "Kot w Butach", byłem naprawdę wielkim przeciwnikiem animacji typu "Shrek". Z początku lubiłem pierwsze części, lecz później odświeżono "Króla Lwa" i wszedłem w okres disneyowego-shipisienia. Znienawidziłem "Shreka", "Kung-fu Pandę", "Auta" itp. Najnowsze produkcje DreamWorksa i Disneya, gdzie żart się ściele, a fabuły i morału jest niewiele.

    To jednak nie oznacza że nie oglądałem tychże filmów, o nie! Uwielbiałem je oglądać! Uwielbiałem się na nich śmiać, ale traktowałem je jako "sztukę niższą". Mimo to, "Kotem w Butach" nie interesowałem się w ogóle, pomimo że jest to moja ulubiona postać ze świata "Shreka". Dlaczego? Miałem już dość. "Shrek", Shrek 2", "Shrek Trzeci", "Shrek Forever"... Miałem po prostu dość. Dlatego szybko zapomniałem o nowej produkcji, raz tylko wchodząc na filmweb i sprawdzając oceny ludności, które były raczej niepochlebne, czego się spodziewałem (takie produkcje to zazwyczaj próba zgarnięcia pieniędzy, nic nie robione jest porządnie).

    Doszło jednak do tego, że właśnie przed chwilą obejrzałem "Kota w Butach". Dodatkowo, przez parę lat zmieniłem swoje zdanie o wspominanych wyżej produkcjach. Stało się to po obejrzeniu "Planety Skarbów" Disneya, i "Sindbada: Legendy Siedmiu Mórz" DreamWorksa. Nie były to musicale typu "Król Lew", ale mimo to sprawiły mi wiele radości. Pomyślałem sobie wtedy: nie wszystkie animacje muszą być wzruszającymi dramatami. Mogą istnieć i filmy przygodowe. Jeżeli przygodowe, to czemu nie komedie?

    Mimo wszystko ciągle podchodzę do takich produkcji z rezerwą, bo humor nie tylko jest wszechobecny, ale czasem jest nawet zbyt... Dojrzały. Przez co można zrozumieć że jest wręcz niedojrzały.

    Jednak stało się, obejrzałem "Kota w Butach". Byłem przygotowany na wcale nie doskonałą historię. Nie zawiodłem się!

    Zacznę po pierwsze od żartów. Tych nie było wiele. Były takie, które naprawdę mnie rozbawiły, lecz nigdy do łez (a tak zdarzało się w "Shreku"). Były też takie zbyt dojrzałe/niedojrzałe, lecz tak jak mówiłem: podszedłem do tego z rezerwą. Zwłaszcza że humor wcale nie był tutaj w centrum i być może nawet nie powinien. Powiedzmy sobie szczerze: humor w bajkach pokroju "Król Lew' wystarczy by ukazał się uśmiech, lub by parsknęło się śmiechem, z ogólnie poprawionym nastrojem, ale nie jest jakiś nieziemsko śmieszny. Dlaczego więc ma być taki w "Kocie w Butach"? Bo jest to historia, korzystająca z legendy "Shreka"? Ale "Shrek" to była raczej parodia baśni. "Kot w Butach" to parodia kina typu "Zachodzące Słońce". Nie jest to komedia, jest to raczej film akcji, z klimatyczną muzyką, krajobrazem i niektórymi scenami podczas akcji, dzięki którym można się zaśmiać. Trudno to porównać z taką klasyką jak "Godziny Szczytu", lecz mimo iż "Kot w Butach" to nie jest ten poziom, właśnie do tego gatunku go zaliczam. Filmu akcji, z elementami śmiesznymi.

    Pomówmy jednak o fabule. Ta zaskoczyła mnie miejscami pozytywnie. Kot-uciekinier, chcący spłacić swój dług i odzyskać honor, decyduję się na zaufanie swojemu przyjacielowi-bratu z dzieciństwa, który kiedyś go zdradził. Proste, wręcz banalne. Były jednak momenty które wydały mi się strasznie mocne. Jak sama historia Kota. Jego przyjaźń z Humptym na przykład. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena ratowania matki Comandate (mimo łamania praw fizyki, podsumowana świetnym żartem). Comandante, który jeszcze przed chwilą nazwał Kota złodziejem, teraz wręcz mu się ukłonił, a Kot widząc wdzięczność wszystkich ludzi, postanowił zboczyć ze złej ścieżki. Miodzio.

    Tutaj wchodzę na moją ulubioną część historii: Kitty Kociłapka. Już w pierwszych scenach zakochałem się w tej postaci. Dużą winę za to ponosi polska dubbingerka: Izabela Bukowska, która jest jedną z moich ulubionych voice-aktorek. Sposób poruszania się i mówienia Kitty był wręcz zniewalający. Wspomnę tutaj od razu jedną z moich ulubionych scen, jedną z tych "mocnych". Kitty podczas akcji zmuszona zostaje by w gniewie uświadomić Kota, że została pozbawiona pazurów. Dla wielu to pewnie nic, ja odczułem to jako rodzaj kalectwa, lub wręcz zhańbienia dla tej osoby. Oczywiście Kitty, która jest wynajętą przez Humptyego złodziejką (najlepszą na świecie), zaczyna coś do Kota czuć. Otwiera się przed nim i zaczyna ratować go raz po raz, nie raz poświęcając samą siebie. Jest to widziana w co drugim filmie historia o złej kobiecie, zakochującej się w głównym bohaterze i z czasem stającej po jego stronie. Mimo iż dobrze poprowadzony, watek jest już po prostu przestarzały. Tutaj wspomnę o moich założeniach, gdy jeszcze nie widziałem filmu, a zaledwie zwiastuny i opisy. Otóż myślałem, że Kitty jest nikim innym, jak czarnych charakterem filmu. Myślałem że często wspominana "zemsta", dotyczy właśnie jej. Że Kot ją kiedyś skrzywdził, a ona postanowiła się odegrać. Myślałem że będzie to historia typu Batman-Catwoman. Kiedy to dwie osoby, znajdujące się po dwóch stronach barykady, łączy uczucie, lecz jednocześnie wymuszona nienawiść. Myślałem że przez cały film będą coś do ciebie czuć, a jednak cały czas starać się zniszczyć siebie nawzajem. Myślałem że zakończy się to romantycznym rozstaniem, bo obydwoje wiedzą, że nie mogą bez siebie żyć, lecz mimo to razem byłoby im jeszcze gorzej. Oczywiście przeliczyłem się. Mimo to ten romans był, jak wspomniałem, naprawdę dobrze poprowadzony. Tańce dwóch kotów, typowo hiszpański flirt, przekomarzanie się. Idealnie! Dodam jeszcze zakończenie, które jest nawet podobne do moich oczekiwań. Dwójka ewidentnie coś do siebie czuję i mimo że pewnie spotkają się jeszcze nie raz, nie będą ze sobą na stałe, zawsze i wszędzie. Gorący romans będą przerywały długie rozstania, czego dowodem jest seria "Shrek", gdzie Kitty po prostu nie ma. Na koniec: aktorka podkładająca głos pod angielską Kitty. Salma Hayek. Arcyzabawne XD.

    Pogadajmy tutaj o aspekcie baśniowym. W "Shreku" roi się od krasnoludków, smoków, wróżek itp. Tutaj dominują głównie ludzie. A szkoda, Hiszpański folklor jest bogaty jak Słowiański. Mogli dać np. El Ratón Pérez, czyli hiszpańską wersję zębowej wróżki. Zamiast tego są baśnie angielskie. Jaś i Magiczna Fasola, oraz wspominany Humpty Dumpty. Wszystko to angielskie dzieła. Swoją drogą, niezwykle humorystycznie wykorzystali ową, "magiczną fasolę" i Jasia (strzec siedzący w więzieniu :P). Mimo wszystko Kot też wcale nie jest z Hiszpanii, tylko z Francji, ale cóż.

    Poruszając temat Humptyego. Nie ruszyła mnie budowa tej postaci. Że niby czegoś mu tam w dzieciństwie brakowało. Postanowił się zemścić. Później nagle postanowił się odmienić "bo Kot mu tak powiedział". Nie, nie ruszyło mnie to. Może trochę, ale wyczułem pewną sztuczność. To co mi się podobało, to scena jego poświęcenia. Kolejna rzecz która mi się nie podobała, choć to wcale nie jest błąd filmu, to zakończenie historii Comandante. Spodobała mi się ta postać i to bardzo. Gdy Kot został wrobiony w kradzież, Comandante odwrócił się od niego, choć puszkowi tez zależało na jego szacunku. Tak pozostało do końca filmu. Mimo iż Kot uratował rodzinne miasto, Comandante ciągle go ściga. Nie jest to błąd filmu, broń Boże. Jest to coś w stylu "nie wszystko da się naprawić". Mój żal w związku z tym, idzie wręcz na korzyść filmu. Historią z Mamą Kota też jest nie najgorzej poprowadzona. Kot urodził się w sierocińcu, wychowany przez nią właśnie i zależało mu głównie na odzyskaniu jej zaufania, jej miłości. Dosyć banalne, lecz w porządku. Sam symbol butów bardzo mi się podobał. Były one nie tylko obuwiem, lub drogim okryciem stóp, były dumą i honorem. By móc je nosić godnie, Kot musiał odzyskać dobre imię. Zmienić się ze złodzieja, w bohatera.

    Świetny klimat. Pustynie, prażące słońce, hiszpańska muzyka, hiszpańskie tańce, świetna postać kobieca, nie najgorsza, banalna fabuła, średnie gagi. Czy jest to świetny film? Nie. Podszedłem do niego jako do czegoś lekkiego i nie zawiodłem się. Jest po prostu w porządku. Zastanawia mnie tylko, czy komuś zechcę się czytać te moje wypociny i dojdzie do tego zdania :P?

    PS: Właściwie to zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Co się właściwie stało z Humptym? Ta scena była wyjątkowo niezrozumiała i głupia. Co prawda dobrze, że nie wyszło jak zwykle (bohater cudem ocalał), lecz stało się coś po prostu niewytłumaczalnego. Coś co skutkuję tylko równoważnikiem zdania: "Co...?". Należy to potraktować jako lenistwo scenarzystów. Symbolika fajna, ale sensu brak.

  • ChocoFlov ocenił(a) ten film na: 6

    andrzej_goscicki andrzej_gosicki w 100% oddaje moje zdanie co do tego filmu - w czasie jego oglądania miałam dokładnie te same uwagi. Dotyczące Kitty, Humpty'ego - wszystko się zgadza!

    Miałam napisać, że cały ten klimat (latynoski, gorące-gorące-gorące hiszpańskie miasteczko i... ach! - TE KOLOROWE CHORĄGIEWKI NA SZNURKACH!) sprawił, że dodałam jedną gwiazdkę wyżej ;)

    Film niezły, w sam raz na piątek przy intelektualnym zmęczeniu po całym tygodniu.

  • andrzej_goscicki ocenił(a) ten film na: 7

    ChocoFlov Dziękuję za miłe słowa ;). Rozumiem, że doczytałeś do ostatniego zdania przed PS :P?

  • ChocoFlov ocenił(a) ten film na: 6

    andrzej_goscicki Naturalnie - do samego końca ;) Reakcja ta sama, czyli jedno wielkie "WTF, ale-jak-dlaczego..". Nie mam żalu że ten bohater tak skończył - mam żal, że nie po prostu nie do końca rozumiem - DLACZEGO on skończył jako złote jajo w dziobie tej większej gęsi? Czy z niego wykluje się "nowy Humpty"? ._. Nie wnikam - jako, że film sam w sobie nie miał zamiaru wymagać od widza jakiegoś większego myślenia.

  • andrzej_goscicki ocenił(a) ten film na: 7

    ChocoFlov Powiem szczerze: scena mi się podobała. Nie ze względu na jej umiejscowienie, czy ogólny "tragizm", ale raczej ze względu na ton głosu Kot-Malajkata. Wydawał mi się poruszający i nie przeczę, że mnie to ruszyło.

    Ale przyznać trzeba; Główny bohater trzyma dwie osoby. Jedną mu bliską, drugą niezbędną do uratowania świata. Ta bliska postać mówi: "Nas obu nie uratujesz" i sama posyła się na śmierć. Faktycznie! Nigdy tego wcześniej nie widziałem... -,-

    Było to tak banalne, oklepane i nie-oryginalne, że chyba wszyscy spodziewaliśmy się takiego obrotu spraw na dziesięć minut przed tą sceną.

    Zresztą cały film był raczej oklepany. Stare chwyty fabularne, stare chwyty komiczne. Szkoda bo miał potencjał. Tak jak napisałem: to co mi się w nim najbardziej podobało, to Kitty. Jej wątek też był banalny, lecz wyśmienicie zrealizowany. Klimat i ogólny zarys "Samotnika, próbującego odzyskać dobre imię" to też wcale nie świeży, ale jeszcze dobry materiał na historię. Uważam że przy dobrej realizacji, nawet sztampowy pomysł może nie uwierać. Tutaj niestety nawet realizacja miejscami wysiadała...

  • andrzej_goscicki Twoja opinia naprawdę robi wrażenie, a wszystko co tu napisałeś w 100% zgadza się z tym, co myślę o tej animacji :) Ja również podeszłam lekko do tej bajki i nie oczekiwałam cudów, dzięki czemu uniknęłam rozczarowań. W tym komentarzu chciałabym się jednak odnieść do Twojego postscriptum.

    Co się stało z Humptym? Cóż, wydaje mi się, że symboliki (choć może fakt – niezbyt głębokiej) można się doszukać. Ta postać wahała się trochę pomiędzy dobrem a złem – z jednej strony był kimś bliskim dla kota, a z drugiej swoje ''zepsucie'' pokazywał na każdym kroku (np.;kradnąc i wrabiając przyjaciela). Poza tym był (żyjącym) jajkiem a jak wiadomo jajka się psują, co jest nawiązaniem do symboliki. Nawet w trakcie trwania ''misternego planu'' zemsty na kocie ciężko było się zorientować kto tak naprawdę jest tym złym. Końcowa scena prawdopodobnie miała pokazać, że Humpty pomimo tego, że odwrócił się od brata i stał się czarnym charakterem, to tak naprawdę miał złote wnętrze. Ostatni moment po prostu upewnił nas, że ''nie był zepsuty do cna'' – jak powiedział kot, i gdzieś tam w środku jednak wciąż był dobry.

    Przynajmniej mi się tak wydaje ;D

  • andrzej_goscicki ocenił(a) ten film na: 7

    hasira Tak zgadzam się. Jak napisałem: symbolika fajna. Tego się nie czepiam. Ale gdzie tu sens? Możemy oczywiście przyjąć, że Humpty po prostu umarł. Rozbił się. Koniec. Chodzi mi jednak o to, że on sam się zastanawiał kim jest ("Nie jestem człowiekiem, nie jestem śniadaniem" czy coś takiego...). Kiedy się rozbił, to myślałem że on pochodził właśnie z tamtego zamku, gdzie były złote jajka. Stąd narodziła się u niego mania poszukiwania magicznej fasolki. Ale nic z tego nie wytłumaczyli! On tak po prostu był gadającym jajkiem, ze złotym wnętrzem?

    Zauważmy że gęsi znosiły złote jajka. Jak wiemy, rodzą się dwa rodzaje jajek: te zapłodnione (z których rodzą się pisklęta) i te nie zapłodnione, które zazwyczaj jemy na śniadanie. Może (powtarzam: MOŻE) Humpty był właśnie tym pierwszym jajkiem. Tym z którego urodzi się pisklę (jak ta mała gąska), stąd jego wyjątkowość. Może te wszystkie złote jajka, rodzone przez małą gąskę, były jajkami, z których nic się nie narodzi. Może Humpty, pozbywając się skorupki, niedługo narodzi się jako gąska.

    Dlaczego jednak jest to nadinterpretacja? BO NIC NIE WYJAŚNILI! Ta scena była pozbawiona sensu. Rozumiem symbolika, ale symbolika też powinna mieć sens, w świecie fizycznym, żeby była naprawdę dobra.

    Całość rozgrywa się wokół złotych jaj. A tu tak nagle, przypadkiem, okazuję się że Humpty też w środku jest złoty? Wyjątkowy zbieg okoliczności...

  • Crochu ocenił(a) ten film na: 7

    andrzej_goscicki Trochę stary post, ale odpowiem jak ja to widzę.
    Całe życie szukał złotych jajek, kiedy tak naprawdę wewnętrznie był złoty, czyli to, czego szukał tak naprawdę było cały czas w nim. Zamiast myśleć, że szczęście może dać zamek w chmurach, tak naprawdę wystarczy zajrzeć do samego siebie i tam te szczęście odnaleźć. Taka jest też moja filozofia życiowa, więc tutaj mi to idealnie pasuje ;)