Pamiętam moje pierwsze spotkanie z tym filmem, znajomy starał się nam przybliżyć twórczość Wood Allena postanowił wyświetlić nam właśnie Manhattan jako najlepszą prezentacje twórczości tego reżysera, wówczas po około 30 minutach wyłączyliśmy uważając go za strasznie nudny film. Po pewnym czasie oglądnęłam go i stwierdziłam że jest genialny dostrzegłam w nim rzeczy które wcześniej mi umknę lub do których nie przywiązywałam wagi.
Ja drugi raz oglądnęłam ten film dopiero po dłuższym czasie, i bałam się go oglądać, ale niczego innego nie było w telewizji, a ja nie mogłam spać, potem zresztą już nie chciałam. Na końcu byłam zdumiona i mile zaskoczona wrażeniem jakie na mnie zrobił. Dziś gdy słyszę że ktoś mówi, że Woody Alen jest jego ulubionym reżyserem zastanawiam się na ile można ufać jego słowom i czy przypadkiem nie opierają się tylko na jego najnowszych projektach.
Co jest złego że ktoś opiera się na najnowszych projektach? A po śmierci Allena będziesz mówić: "zastanawiam się czy ufać tym którzy poznali Allena po jego śmierci". Nie musisz im ufać każdy może mieć swoje zdanie na ten temat, mogą nawet podobać się komuś tylko nowe projekty ze względu na realizacje w kolorze. Oczywiście jak chcesz poznać danego reżysera trzeba obejrzeć filmy z różnych okresów twórczości. Ale stwierdzenia "trzeba dorosnąć" i "czy można ufać ludziom którzy mówią że Allen jest jego ulubionym reżyserem" są co najmniej dziecinadą. Młode pokolenie lubi Allena za jego ostatnie filmy, ponieważ w ten sposób go odkrywa i mogą powiedzieć że jest to ich ulubiony reżyser. Mogą być bardziej wiarygodni niż ty jeżeli wyrażą swoje zdanie argumentami, a nie stwierdzeniem że trzeba dorosnąć. Allen w każdym filmie porusza tematy którymi chce intrygować, wzruszać i poszerzać myślenie o rzeczach bardzo prostych w relacjach między ludzkich (jak jest na przykład w tym filmie). Wole powiedzieć że nie dorosłem do tego filmu niż być fanem Allena z takimi argumentami jak ty.
Jeżeli masz 60 lat i oglądałaś film Allena w tamtym okresie jak wyszedł to zwrócę honor że czujesz się ponad "tych którym nie można ufać:)". Podsumowując, twórczość Allena zmieniała się i mam nadzieje zmieniać się będzie, ale zawsze widać że to jest poczciwy Allen. I ktoś kto obejrzał tylko "Midnight in Paris" też może powiedzieć że to jest jego ulubiony reżyser jeżeli uderzy w niego piorun Allenowski i zaszczepi bakcyla żeby obejrzeć jego wcześniejszą twórczość.
mam 16 lat i nie miałam najmniejszego problemu by ,,dotrwać'' w tym filmie do konca. Jak dla mnie genialne dialogi. zreszta całość jest cudowna.
miałam 14, kiedy pierwszy raz zobaczyłam ten film. w pewnym sensie było to moje pierwsze spotkanie z Allenem. 'w pewnym sensie', ponieważ wcześniej miałam przyjemność oglądania 'wszystko gra', ale nie interesowałam się kinem, a tym bardziej nazwisko Allena było mi odległe (to było dawno temu).
wracając do tematu - nie miałam wtedy najmniejszych problemów ze zrozumieniem. od tamtej pory jest to mój ulubiony reżyser, a ten właśnie film.. wtrącił się do mojej kolekcji i na długo w niej zostanie.
+ muzyka jest przewspaniała
Czy ktoś da 12? Czy słyszę 12? 12?
A może 10? Czy ktoś da 10? 10 po raz pierwszy... 10 po raz drugi... 10 po raz trzeci!
And the winner is... .
W moim odczuciu jest to najbardziej subtelny film Allena, a przez to w jakiś sposób najtrudniejszy. Za pierwszym razem też mnie jakoś nie porwał, ale właśnie obejrzałem po raz drugi i tym razem "zaskoczyło".
Na mnie po pierwszym obejrzeniu "Manhattan" również nie wywarł ogromnego wrażenia - spodobał się, ale bez zachwytu. Za drugim razem, że tak powiem, strzelił mnie "piorun manhattański" (trawestując wypowiedź kolegi powyżej). Miałem wtedy okazję obejrzeć ten film zupełnie sam w całkowicie kinowych warunkach, pewnie nie było to bez znaczenia; tym razem po słynnym wstępie szukałem szczęki na podłodze, i musiałem to robić dalej przez całą resztę seansu. Nagle wszystko "grało", pasowało, zachwycało, wzruszało, bawiło, skłaniało do przemyśleń. Film dobiegł końca, a ja nie mogłem ruszyć się z miejsca, bojąc się zniszczyć ten szczególny, piękny i ulotny stan ducha, który czasem potrafi człowieka ogarnąć po wyjątkowych filmowych przeżyciach...
Morał z tego wyciągam mniej więcej taki - jeśli istnieje grupa filmów, która w szczególny sposób zyskuje na sile oddziaływania obejrzana na dużym ekranie itd., "Manhattan" zdecydowanie do tej grupy zaliczam.
BTW, od tamtej pory "M" na stałe trafił na najwyższy stopień mojego prywatnego Allenowskiego podium, ex aequo ze "Zbrodniami i wykroczeniami", a przed "Annie Hall". Howgh.