Doskonałość

Midway.

Boże, jaki ten film jest świetny.

Zazwyczaj mam bardzo poważne obawy co do nowych filmów wojennych. W większości z nich wręcz tryska z ekranu tanim proamerykańskim/prorosyjskim (w zależności od kraju produkcji) patosem i sporą liczbą przekłamań historycznych.

Mogę z dużą ulgą stwierdzić, że ''Midway'' do tego typu filmów nie należy. To film starej daty, nawiązujący formą do ''Tora! Tora! Tora!'', czy swojego pierwowzoru z 1976 r., nie wspominając o takich gigantach, jak ''Najdłuższy dzień'', czy ''O jeden most za daleko''. Opowiada on bowiem historię całościową, z kronikarską dokładnością, poczynając od ataku na Pearl Harbor, kończąc na tytułowej bitwie. Pojawia się także bitwa na Morzu Koralowym i rajd Doolittle'a.

Tak na dobrą sprawę nie ma tutaj głównego bohatera, chociaż takim wydaje się być postać kapitana Dicka Besta. To wprost nawiązanie do ''O jeden most...'', gdzie ''wydającym się być'' głównym bohaterem był gen. Urquhart. Chylę czoła przed twórcami za pokazanie tak pieczołowicie takiej ilości postaci. Pojawia się zatem Clarence Dickinson, pilot dywizjonu rozpoznawczego, który dokonał wykrycia sił japońskich; jest mechanik Bruno Gaido, zamordowany później przez Japończyków (tak, naprawdę zestrzelił japoński bombowiec siedząc na stanowisku strzeleckim), epizodycznie pojawia płk James Doolittle, jest nawet słynny komandor Minoru Genda, sławny japoński as i reżyser John Ford, który nagrał krótki film z japońskich ataków na wyspę. Nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć pierwszoplanowych reżyserów tej bitwy, czyli admirałów Spruance'a, Halseya, Yamamoto i Nagumo. Swoje kilka chwil dostał nawet japoński Cesarz.

Jest perfekcyjnie.

Znacie to uczucie, kiedy wiecie dokładnie co się stanie, zaciskacie pięści i mimo to dalej oglądacie? Tak właśnie jest w ''Midway''.

Film powala rozmachem i pietyzmem. Uderza brak patosu. Amerykańskie Dauntlessy raz po raz spadają w płomieniach, japońskie bomby i pociski są celne. Unicestwienie dywizjonu torpedowego komandora Lindseya w ataku na japońskie okręty zajmuje dosłownie kilka sekund. Zniszczenie unikającej bomb i torped ''Akagi'' wydaje się być łutem szczęścia. Jakby na okrasę, pokazując, że japoński lotniskowiec wyczerpał swój limit fortuny.. Japończycy nie są bezosobowymi manekinami. Zapada niewątpliwie w pamięć postać admirała Yamaguchi, który - dokładnie w duchu samurajów - wiedząc, że został osamotniony, podejmuje rękawicę i heroicznie stawia czoła (już) silniejszemu liczebnie wrogowi.

W pamięć zapada ostatnia walka nad ''Hiryu'', kiedy z setek piersi, amerykańskich i japońskich, wyrywa się przeraźliwy ryk. Ryk ludzi, którzy dają z siebie wszystko, by zwyciężyć Wszystko okraszone doskonałymi efektami i piękną muzyką.

Film kończy się piękną dedykacją. Poświęcono go bowiem pamięci 3364 poległych amerykańskich i japońskich lotników i marynarzy, którzy stracili życie w tej bitwie.

Ja daję dychę i idę jeszcze raz.

35

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię