Właśnie tyle zostało mi pamięci po oglądnięciu filmu - genialny Hoffman i przezabawna ślepa fretka. Niewiele. Ale też nie spodziewałem się nadspodziewanie dużo, więc generalnie się nie zawiodłem. Motyw, gdy ktoś się przewraca czy wpada na ścianę, zawsze śmieszy. Stiller jest komikiem, ale przy Hoffmanie (nawet jeśli weźmiemy pod uwagę "zabawność" bohaterów a nie kreację) wypada blado. Aniston powiela rolę Richel z "Przyjaciół", ale za to ją lubię - przyjemnie popatrzeć, jak spontanicznie reaguje i nie przejmuje się następnym dniem. Wszystko to jednak blaknie przy beztroskim i wyluzowanym Hoffmanie. Za każdym razem jak pojawia się na ekranie kradnie show innym. Gdy jako jedyny śmieje się z nie śmiesznego dowcipu, gdy zamiast grać w kosza rzuca nieporadnie w tablicę, gdy mając na uwadze własną wielkość nie chce grać na scenie z amatorami. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że jest wybitnym aktorem, który nigdy nie da zamknąć się w szufladzie ról poważnych, drugoplanowych, czy innych. Ma ogromne możliwości, niekończące się środki wyrazu, dystans do siebie i ogromną charyzmę. Nawet w banalnych i wtórnych produkcjach, jaką jest dla mnie "Nadchodzi Polly", potrafi błyszczeć i imponować. Jeśli ktoś ma ochotę na lekką i niezobowiązującą rozrywkę - może zaryzykować. Jeśli film nie przypadnie do gustu, Hoffman z pewnością wynagrodzi spędzony przed telewizorem czas.