Bır Zamanlar Anadolu'da

2 godz. 37 min.
6,8 4 743
oceny
6,8 10 4743
7 566
chce zobaczyć
7,5 14
ocen krytyków
{"rate":7.5,"count":14}
{"type":"film","id":616316,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/B%C4%B1r+Zamanlar+Anadolu%27da-2011-616316/tv","text":"W TV"}]}
powrót do forum filmu Pewnego razu w Anatolii
  • Wszystkim fanatycznym obrońcom owego filmu zacytuję z Barei:

    - ...western, moim zdaniem, w szczytowych swoich punktach, dochodzi do zenitu.
    - Tak, moim zdaniem kolega ma rację, że konwencja westernu przeżyła samą siebie, i to... że jeszcze społeczeństwo ogląda westerny, to jest to jeszcze jeden przykład na bezwład percepcji. Western w swojej formie musi być... musi być obdarty z estetyki osiemnastowiecznej. Społeczeństwo... społeczeństwo konsumpcyjne musi przystawać do percepcji społeczeństwa dwudziestego, a nawet dwudziestego drugiego wieku.
    - ...dwudziestego drugiego czy czterdziestego czwartego to już naprawdę nie ma znaczenia. Tak, tylko że percepcja westernu idzie drogą inercjii...
    - Właśnie, czy moglibyśmy się pokusić o pewną próbę futurologii...

    Bardzo mnie drażni ten polski snobizm, te wzgardliwe argumenty: nie podoba ci się, prymitywie, obejrzyj sobie jakiś kit na Polsacie...
    "Anatolia" jest typowym "filmem festiwalowym", tak jak "Melancholia" Triera, pretensjonalnym bełkotem, z wyrachowaniem robionym "pod Złotą Palmę". Takie filmy nie funkcjonują w normalnym obiegu kinowym, są chwalone przez snobów gotowych usprawiedliwić każdą brednię, byle tylko "artystyczną".
    Porównania do Antonioniego i Tarkowskiego są wręcz śmieszne, czy aby "porównywacze" widzieli "Zwierciadło" i "Przygodę"? Na pewno ten sam poziom? Ten film nie jest nawet na poziomie intrygującego "Uzaku" tegoż samego reżysera.

    Dramat kina współczesnego polega na tym, że i kino komercyjne i artystyczne pogrążają się na dnie wśród mułu i wodorostów.

  • niniwa1974 A ja zacytuje Ci pewnego mądroge człowieka "HA HA HA"

  • marscorpio ocenił(a) ten film na: 9

    Fojbos Poświadczam, to był bardzo mądry człowiek.

  • marscorpio ocenił(a) ten film na: 9

    niniwa1974 Komentarz bezwartościowy.

    Widziałem ten film raz. Chyba ponad dwa miesiące temu. Wciąż o nim nie mogę zapomnieć. Jest jak żywy obraz rzeczywistości. Tej oddalonej od nas, tureckiej, niemniej - rzeczywistości, w której żyją ludzie tacy jak my. Niesamowite, ale genialnie zostało to oddane przez reżysera. Dzieło pełne niedomówień, gdzie trzeba wszystko samodzielnie zrekonstruować. Jeżeli się to nie uda, powstają komentarze takie, jak powyższy. A jeżeli się uda - a może to potrwać długo, bo seans taki współodczuwamy nawet tygodniami, o ile nie miesiącami po jego zakończeniu - wówczas zostaje nam to wynagrodzone ZROZUMIENIEM.

    Co mianowicie rozumiemy? Otóż człowieka. Ludzi. Ich skomplikowane, powikłane życie, decyzje, cały ich świat wewnętrzny. I co się okazuje? Że kultura czy cywilizacja nie znaczą aż tak wiele. Że ludzie wszędzie są tacy sami. Że to, co rozumie doktor Cemal, zrozumiałby każdy inteligentny i wrażliwy Europejczyk, postawiony w identycznej czy podobnej sytuacji.

    A co rozumie Cemal???

    Człowieka. Ludzi.

    To coś, co stanowi o wartości takiego kina. Ktoś, kto go nie docenia, najwyraźniej nie jest zbyt bliski temu, co przeżywają ludzie. Ot, wali go to. Nie rozumie, nie współodczuwa. I pieprzy trzy po trzy. Że "kino komercyjne i artystyczne pogrążają się na dnie wśród mułu i wodorostów". G*wno prawda.

    Tyle w temacie.

  • Kamileki ocenił(a) ten film na: 6

    marscorpio "To coś, co stanowi o wartości takiego kina. Ktoś, kto go nie docenia, najwyraźniej nie jest zbyt bliski temu, co przeżywają ludzie. Ot, wali go to." - jestem introwertykiem, więc pewnie stąd film nie przypadł mi do gustu. Ale z drugiej strony co to za wielki film, że jego siła polega tylko na pokazaniu uniwersalnych uczuć na przykładzie społeczności tureckiej? A muzyka? (tu mamy jej brak, ale cisza nie tworzyła jakiegoś wielkiego tzw. klimatu) gra aktorska? Dobra, ale nic ponadto. Do tego oprawa wizualna nie zachwyca. A filmy wybitne posiadają takową. Zgadzam się dlatego w większości ( z polskim snobizmem nieco przesadził) z autorem. U Tarkowskiego czy Antonioniego czasami jedna scena daje mi więcej powodów do myślenia aniżeli całe Pewnego razu w Anatolii. Mimo fantastycznych warunków oglądania (noc, a więc brak odgłosów z zewnątrz, dobra jakość) prócz sceny z toczącym się jabłkiem nie zapadł głęboko w pamięci.

  • marscorpio ocenił(a) ten film na: 9

    Kamileki A decyzja lekarza? Ta, którą podjął podczas sekcji? To jedna z kilku scen w tym filmie, których zapomnieć nie mogłem.

    Dlaczego? Dlaczego doktor Cemal tak zaryzykował? Dlaczego zataił w raporcie ważną informację? Co takiego zrozumiał podczas tej nocnej odysei, że postanowił skłamać?

    Co do Twojego pytania: "co to za wielki film, że jego siła polega tylko na pokazaniu uniwersalnych uczuć na przykładzie społeczności tureckiej?".

    Gdybyśmy częściej pokazywali uniwersalność ludzkich przeżyć na przykładzie społeczności tureckiej, rosyjskiej czy innej, być może mniej byłoby obcości i wrogości między ludźmi. Kiedy w wyznawcy islamu nie dostrzegasz potencjalnego terrorysty a w Rosjaninie wroga-Polakożercy, mniej na świecie nieprzyjemności i głupot. Kiedy widzisz w przedstawicielu innej rasy, narodowości, czy religii człowieka, nie wywieszasz transparentów deprecjonujących go, nie poniżasz, nie prześladujesz.

    Rzecz w tym, że tak wychowywać mogłoby tylko kino uniwersalne i tendencyjne. A to oznacza artystyczną porażkę. W "Pewnego razu w Anatolii" nie ma żadnej tendencji - do wszystkiego musisz dojść sam. Film wymaga od widza ogromnej koncentracji i aktywności intelektualnej. To film z tego nadzwyczajnego gatunku, kiedy cały sens współtworzy odbiorca właśnie. Jeżeli temu zadaniu nie podoła, jest zniesmaczony, nieusatysfakcjonowany, znudzony, itp. Bo w "Pewnego razu..." nie ma również wspomnianej uniwersalności w zakresie technik przekazu. Dzieło pełne jest niedopowiedzeń, przez co film staje się "elitarny" czy nawet "awangardowy". Tam, gdzie nie ma podanego wszystkiego wprost, tam poziom rozumienia obniża się. To stara prawda opisana przez Ortegę y Gasseta w eseju "Dehumanizacja sztuki".

    A teraz, czy łatwo było obejrzeć i zrozumieć ten film? Nie. Ja podchodziłem dwa razu. Za pierwszym połowa - i zaintrygował mnie na tyle, że pragnąłem wręcz całości, ale z różnych powodów seans się odwlekał. A kiedy obejrzałem... wciąż mnie zastanawiało, dlaczego Cemal uczynił to, co uczynił? Wszystko inne zrozumiałem, ale to? Okazało się to oczywiste - kiedy podstawiasz się pod niego, kiedy obserwujesz i słyszysz to, co on tamtej nocy, kiedy masz takie jak on doświadczenia życiowe. Wówczas rozumiesz każdego człowieka, nawet zbrodniarza. Współodczuwasz z nim. Nie, nie "miłujesz bliźniego", bo to zbyt patetyczne, ale towarzyszysz bliźniemu niczym bliźniak i pojmujesz podejmowane przez niego decyzje. Dopiero teraz możesz go osądzić i "wydać wyrok". Możesz przed sądem zataić ważny, niekorzystny dla niego fakt. To niezgodne z prawidłami medycyny, niezgodne z prawem, ale czy nieetyczne? Bo mnie wydaje się to kwintesencją etyki.

    Zatem ja nie wiem, jak Ty oglądałeś (piszesz o "fantastycznych warunkach"), ale ja przeżywałem to dzieło do ostatniej sekundy i długo po zakończeniu. Także oglądałem w warunkach idealnych - noc, spokój, samotność. Ale obecność żony czy przyjaciela w trakcie seansu nie przeszkadzałyby mi zupełnie, gdyby tylko podzielali moją fascynację.

    Co do porównań - według mnie, nie Tarkowski, a Antonioni jednak. Jeżeli już musiałbym na siłę szukać analogii, ale to zbyteczne. Dla mnie Nuri Bilge Ceylan to już wybitny reżyser, obejdzie się bez odniesień. To, w jaki sposób poprowadził tę historię, to dla mnie ewenement. Ale z "Zapisków w Toskanii" widzę, że to jakaś metoda współczesnego kina, którą przeoczyłem, jęcząc o jego upadku. Mea culpa...

  • Kamileki ocenił(a) ten film na: 6

    marscorpio Wszystkie czynności śledcze i te późniejsze w szpitalu odbywają się w sposób strasznie mechaniczny. Tak jakby każdy człowiek zapominał, że jest człowiekiem i skupia się jedynie na dobrym wykonaniu swojej pracy. Decyzja doktora to wyjątek, ale jego ton głosu... nadal taki sam - czyli mechaniczny. Czy to coś niezwykłego, że lekarz chce by zabójca mógł jeszcze cieszyć się kiedyś wolnością? Oczywiście to pytanie odnosi się do jakości scenariusza, bo sama decyzja jest sama w sobie godna podziwu. Okej, po zastanowieniu to tu się mogę nawet zgodzić, że scenariusz jest bardzo solidny i w filmach jak to nazwałeś tendencyjnych takiego poziomu nie doświadczymy. Jednak ja lubię doceniam w filmach wykonanie. Tutaj większość scen wygląda bardziej jak ze "zwyczajnego filmu" aniżeli filmu artystycznego. Żeby była zupełna jasność - piszę o tym w kontekście uznawania "Pewnego razu w Anatolii arcydziełem czy wybitnym filmem". Pierwszy raz widzę film Ceylana i to dzieło samo w sobie mogę mimo wszystko uznać za coś pozytywnego. Muszę przyznać, że Twoje argumenty w dyskusjach zawsze są na takim poziomie, że... trzeba walczyć o to już tylko by nie dostać nokautu. Dlatego odnośnie "Tam, gdzie nie ma podanego wszystkiego wprost, tam poziom rozumienia obniża się" przyznaję się bez bicia, że to też miało zapewne spory wpływ na mój odbiór tego filmu. Zawsze będzie tak, że jak człowiek czegoś nie lubi czy co gorsza nie do końca rozumie to tego nie docenia. Gdybym zaraz po zakończeniu seansu poukładał sobie wszystko w głowie i nie miał żadnych wątpliwości co do wszystkich sytuacji to może nie byłoby 6 tylko 8 ? A może wyżej...? No właśnie. Zakładając nawet, że pojąłbym całość fabuły mogę z pewnością powiedzieć, że nadal nie uznałbym Pewnego... za arcydzieło. Przyczyną jest ów przeżywanie o którym piszesz. Ani podczas seansu, ani tym bardziej po nie zmusił mnie reżyser do zbyt wielkich odczuć na temat jego dzieła. Mogę napisać jako taką ciekawostkę, że jak mało który film Anatolia mnie ani nie znudziła, ale też nie pochłonęła moich myśli. Od pierwszej do ostatniej sceny był taki constant. Może zbyt duże oczekiwania ? Może przez to nie mogę w pełni docenić filmu Ceylana? I zamiast docenić już początek to ja oczekiwałem, że będzie lepiej i lepiej... Chociaż z innej strony (może nie zniszczysz mnie za kolejne porównania do innych twórców czy filmów - ja na Ceylanie się nie poznałem toteż nie mogę jeszcze wiele powiedzieć o jego własnym stylu) przed spotkaniem ze Stalkerem czy Obywatelem Kanem miałem o wiele większe oczekiwania. Po seansach okazały się one malutkimi... Na pewno trochę pomogłeś mi zrozumieć, że Pewnego razu w Anatolii jest filmem nietuzinkowym, no cóż trzeba będzie kiedyś znów pooglądać. Co do tego post scriptum to uspokoję Cię. Nawet gdybyś mnie zaczął wyzywać od najgorszych ch.... to nie czułbym urazy. Kocham czarny humor, a jeszcze bardziej rozumiem, że człowiek po alkoholu jest... nie do poznania :)

  • marscorpio ocenił(a) ten film na: 9

    Kamileki A ja z tym filmem to miałem trochę tak, jak z płytą "Litania" Stańki. Nie wiem, czy słuchasz jazzu, ale nie to jest tu najważniejsze. Otóż - do obu, i do płyty, i do tego filmu, podchodziłem... hmmm... uprzedzony, sceptyczny. "Litanię" odsłuchałem w radiu, nie pamiętam, czy był to program 2 PR, czy Radio Jazz, w każdym razie nie spodobała mi się, wydała jakimś jazgotem. Rok później coś mnie tknęło, coś zaskoczyło... i kupiłem tę płytę, zacząłem słuchać, a później nie mogłem już przestać. Wciąż jestem pod jej wrażeniem.

    Do "Pewnego razu..." podchodziłem podobnie. Z tym że tu, jak wspominałem, mimo przerwania seansu w połowie, byłem pod wrażeniem. To znaczy niby że nic się nie działo, nudziłem się, czas się na domowe kino skończył, nie dooglądałem, ale coś mnie w tym dziele zaintrygowało. Wiedziałem, że muszę wrócić do niego. Udało się, i to był SEANS, jakiego już od dawna nie kojarzę. Miesiąc, może nawet dwa chadzałem sobie po tym łez padole i w różnych momentach przyłapywałem się na tym, że "widzę" sceny z filmu Ceylana. A ta decyzja lekarza... Cholera, dopiero kiedyś tak nagle to się złożyło w sensowną całość. Może i to dowód tego, że zbyt błyskotliwy nie jestem, ale też lepiej późno niż wcale...

    Ja "Pewnego razu w Anatolii" notę podniosłem, z 8 na 9, i nawet serduszko przyszpiliłem. Ale nie o ocenie tu mowa. Twoje 6 mi nie przeszkadzało i nie przeszkadza. Ot, po prostu nie zgadzam się z tezą autora niniejszego tematu i nawet się dziwię temu, co napisał, wszak zna działa Tarkowskiego czy Antonioniego, a już samo to zasługuje na szacunek. Ja nie utrzymuję, że mamy do czynienia z arcydziełem, ale, do cholery - jak to ambitne kino ma przetrwać, jeżeli widzowie, do których jest skierowane, zawodzą???

    Piszesz: >>Tutaj większość scen wygląda bardziej jak ze "zwyczajnego filmu" aniżeli filmu artystycznego<<. Owszem, ale ten film miał być aż do bólu realistyczny. I taki był. Tylko że pośród tego "realizmu" działy się "cuda". Pytasz: >>Czy to coś niezwykłego, że lekarz chce by zabójca mógł jeszcze cieszyć się kiedyś wolnością?<<. Ale przecież znasz odpowiedź. Na ogół w takich sytuacjach procedury są rutynowe, mechaniczne, nieludzkie nawet. Pacjent czy więzień - ilu lekarzy czy prawników widzi tu człowieka? W tym pierwszym przypadku to aż domaga się, by przywołać film "Śmierć pana Lazerescu" (2005). Tak zazwyczaj człowieka traktują lekarze. Może cokolwiek przesadzam, ale coś w tym jest, przynajmniej według mnie. Natomiast doktor Cemal od początku chciał bardziej zrozumieć, niż potępić czy zlekceważyć.

    Co więcej, w tej jego decyzji tkwi pewne "szaleństwo". Wszak mogło wyjść na jaw, że skłamał, że zataił ważny (acz z jego punktu widzenia bez znaczenia) fakt. Nie znam tureckiego prawodawstwa, wydaje mi się jednak, że konsekwencje swojego czynu znał. Minimum odbiłoby się to na jego reputacji. Bo poważniejszych sankcji raczej nie byłoby, to nie była aż tak ważna sprawa kryminalna. Niemniej, jest ostrożny. Piszesz: >>Decyzja doktora to wyjątek, ale jego ton głosu... nadal taki sam - czyli mechaniczny<<. Ależ tak, bo nie mógł wzbudzić podejrzeń. Przecież wraz z nim obserwujemy niezadowolenie jego asystenta, który nawet protestuje. Dla tegoż asystenta to istotny fakt dla prokuratury (pozwoliłby zmienić kwalifikację czynu), tymczasem lekarz w ogóle to lekceważy! Asystent jest oburzony, a Cemal musi być opanowany, musi być "mechaniczny" - jakby to, co odkryli podczas sekcji, naprawdę nie miało żadnego znaczenia.

    W tym filmie jest kilka takich momentów, że mnie zapierało dech. Cholernie mocne, jak w komentarzu napisałem. I ten dramat pośród innych dramatów - czyż kino wysokoartystyczne nie powinno przypominać, że życie to nie bezustanny karnawał? Że jego tragiczność obecnie jest równie intensywna, jak onegdaj dla starożytnych Greków??? To odczucie tragiczności istnienia umacnia nas na co dzień, a nie przygnębia. Co nie zabija, wzmacnia. Nie będę tutaj się mądrzył, bo i po co - wszak dobrze wiesz, że doświadczenie intensywnej tragiczności bytu stanowi istotę takich filmów, jak wymienione przez Ciebie: "Stalker" (pamiętasz jego rozpacz, rozpacz jego żony, smutek córki, smutne zamyślenie Pisarza i Profesora, itd.) czy "Obywatel Kane" (aż trudno nie zapłakać nad biografią tego człowieka - tak jak niemal zapłakał Marlowe po spotkaniu z Kurtzem, a w każdym razie zaniemógł definitywnie w drodze powrotnej). A inne dzieła, czyż nie są tragiczne? "La Strada", "Spaleni słońcem", "Pamiętnik znaleziony w Saragossie" (ach, to zakończenie, jasna cholera!), "Harmonie Werckmeistera" (pamiętasz Janosa Valuskę - toż ten, który ogłaszał odwieczne zwycięstwo światła nad ciemnością, po wydarzeniach owej jednej koszmarnej nocy pogrąża się w absolutnym mroku...). To wszystko intensywny tragizm, a nie wymieniem więcej, bo flaszki dziś nie kupiłem i dech tracę. W każdym razie, ja "Pewnego razu..." zaliczam do dzieł tego rodzaju.

    I ostatnia uwaga. Wspominałeś o scenie z jabłkiem, że urzekająca. Gdzież czytałem, że podczas festiwalowego pokazu, bodaj w Cannes, publiczność zaczęła bić brawo po tej scenie. Tymczasem według mnie, to jest tu pewien zgrzyt. Owszem, można doszukiwać się aluzji do "Powiększenia", ale nie będę tego czynił. Co innego zwróciło moją uwagę. Otóż ta scena jest tak zmontowana, że po raz pierwszy w tym filmie widz zaczyna UWAŻNIE oglądać, Czeka, niecierpliwie, w podnieceniu niemal, co się wydarzy - a jabłko się toczy i toczy i toczy, i wpada do strumienia, i płynie i płynie i płynie, utyka, znowu płynie, i wreszcie definitywnie utyka i... NIC SIĘ NIE DZIEJE. Tak jak i wcześniej w tym filmie, tak i teraz nic się nie stało. I widz oto pogrąża się w przekonaniu, że w tym filmie NIC ISTOTNEGO się już nie wydarzy. Tak jak to jabłko, odbiorca utyka w bezruchu. Zamiera ROZUMOWANIE i niedostępne staje się ZROZUMIENIE. Ot, publiczność przyjmuje, że „Pewnego razu…” to tylko taki realistyczny obrazek z tureckiej prowincji. Że coś tam się dzieje, a co, nieważne, bez znaczenia, ot, jak zazwyczaj mijamy przechodniów, nie zwracając na nic uwagi. Ot, se nakręcił coś tam gostek, a ludzie to akceptują dobrotliwie. Nawet nagrody się przyznaje, a potem można się posnobować, że się widziało taki NAGRODZONY film.

    W ten oto sposób łatwo przeoczyć... że to, co się tam dzieje, to kwintesencja życia i człowieczeństwa. Nawet się nie zastanawiamy nad decyzją doktora Cemala, jak i wcześniej nie zwracamy uwagi na tych kilkadziesiąt informacji, które bardzo, bardzo dyskretnie zostały nam podsunięte. Trzeba to rekonstruować, ale by to zrobić, należy oglądać w stanie najwyższej koncentracji. By nie przeoczyć żadnego szczegółu. A ja... ja tylko kilka tu podałem (miałem napisać interpretację filmu, gdzie to wszystko bym powiązał, alem leniwy już...). Jest ich o wiele więcej. Lecz, jak z tym jabłkiem, niby że nic tam się nie stało. A wiele się stało. Stało się potężnie wiele – tak jak na co dzień wiele się wydarza wokół nas, ale nie zwracamy uwagi. Wyłączamy się. Wszak to tylko codzienność. A to przecież pośród codzienności wydarza się to WSZYSTKO. Także to, co najważniejsze – lecz ukryte pośród zwyczajności, może nie objawić się ludziom w wystarczającym stopniu (niekiedy nie objawia się w ogóle). Maja, zasłona iluzji, skrywa to, co najcenniejsze. A doktor Cemal przeniknął ową zasłonę, widział i słyszał, wiedział i rozumiał, współodczuwał i na ile mógł, pomógł nieszczęśnikowi, nie z własnej winy, jak wielu z nas, zagubionemu w tej „rzeczywistości”, w której przyszło mu żyć.

    To mi przypomina największe z dzieł egzystencjalistów. Takie odczucia odnajdywałem np. w „Dżumie” Camusa. Kto dziś czyta jeszcze takie książki???

    Oki, kończę.

  • Lucas207 ocenił(a) ten film na: 7

    marscorpio Bardzo ciekawie napisane. Trochę w tym ogólnoludzkiej kontemplacji codzienności, próby dotarcia do wspólnego dla wszystkich ludzi doświadczenia. Egzystencjalizm i jego pokręcone ścieżki pośród niezapomnianej swą nietypową zwyczajnością scenerii. Najbardziej podobał mi się nastrojowy początek i ta niezapomniana trawa jasna w ciemną noc od świateł samochodu. Rzeźby w mroku i świetle gromów! Mam jeszcze przed oczami obraz pięknej córki sołtysa niosącej lampę naftową i herbatę. Takich scen jest więcej. Film jest jednak przez te wszystkie "ucieczki" od kryminału nieco niespójny i chaotyczny.
    Co do starożytnych Greków - ich tragiczność miała jednak wyraźnie inne oblicze, jej wyrazem było Katharsis, wstrząs, przełom. Tutaj mamy inną estetykę i inną treść, której symbolem jest toczące się bez końca i bez celu jabłko...
    Wybacz, jak dla mnie: Grecy vs Turcy - 1:0

  • marscorpio ocenił(a) ten film na: 9

    Kamileki PS.

    Jedna uwaga. O 3:30 w nocy to Ty śpij, a nie podejmuj dyskusji z marscorpio. Wtedy mogę być bardzo bardzo pod wpływem i to może wpływać na mój niezbyt pojednawczy nastrój. Na przykład mogę sobie pozwolić na wulgaryzmy typu "g*wno" prawda", jak w powyższym wpisie. Nie chciałbym z tego powodu stracić inteligentnego i sympatycznego znajomego.

    Dobrze że wyłączyłem kompa kilka minut przed Twoją odpowiedzią i przeczytałem to dopiero w południe, jak już wytrzeźwiałem.

    ;-)

  • marscorpio ocenił(a) ten film na: 9

    marscorpio W końcu Kenan też uczynił to, co uczynił, pod wpływem - przez co unieszczęśliwił najbliższych, a na happy end trzeba będzie poczekać, aż odsiedzi wyrok. Tylko czy będzie jakikolwiek happy end? Dzięki temu, co zrobił doktor Cemal, przynajmniej można mieć nadzieję. Ona, wiadomo, matką głupich, ale niekiedy nie ma niczego innego.

    Pozdrawiam.

  • niniwa1974 Chwila, czy ty cytowałeś komentarze z gazety.pl? xd Link: http://forum.gazeta.pl/forum/w,391,121513786,,Pomysl_na_zaje...

    "Tak, moim zdaniem kolega ma rację, że konwencja zajezdni przeżyła samą siebie, i to... że jeszcze społeczeństwo ogląda zajezdnie, to jest to jeszcze jeden przykład na bezwład percepcji. Zajezdnia w swojej formie musi być... musi być obdarta z estetyki osiemnastowiecznej. Społeczeństwo... społeczeństwo konsumpcyjne musi przystawać do percepcji społeczeństwa dwudziestego, a nawet dwudziestego drugiego wieku."

    I ładnie zmieniłeś tylko temat xd.

  • Eld51 Na szczęście nie jestem mieszkańcem miasta Łodzi. He, he, co za pomysł!

    A ten cytat z Bareji można po prostu znaleźć tu i ówdzie...

  • niniwa1974 Na szczęście i ja nie jestem. Acz na ten cytat trafiłem przypadkiem i od razu skojarzyłem fakty :). A możesz wyjaśnić mi dlaczego ten cytat jest taki popularny i skąd go zapożyczyłeś? Chodzi o film Stanisława Bareji?