Podwójne życie

The Beaver

2011 1 godz. 31 min.
6,5 12 116
ocen
6,5 10 12116
8 916
chce zobaczyć
{"rate":6.33333,"count":3}
powrót do forum filmu Podwójne życie
  • To film ciekawy z przynajmniej kilku powodów. Po pierwsze, Mel Gibson niejako przyznaje się przed kamerą: tak, odjebało mi; miałem moment głębokiego załamania i wyrzucałem z siebie jakieś okropności, których teraz się wstydzę. Ale nie potrafię powiedzieć tego głośno, więc zupełnie jak mój bohater zakładam na siebie skafander kogoś innego (w tym wypadku całego filmu) i próbuję wam to przekazać w ten sposób. Po drugie, bohaterowie w filmie zauważają, że tytułowy zwierz gada z jakimś dziwnym akcentem - tenże nie jest niczym innym, jak australijskim cwaniaczkowaniem, czyli oryginalnym akcentem Mela, który przecież żywot bohatera Hollywood zaczynał jako Mad Max ("mad", he-he). Po trzecie, to właśnie Jodie wyciąga rękę do Mela, znów - zarówno w warstwie fabularnej filmu, jak i zupełnie życiowo. Przypominam, że po swoich mrocznych incydentach Gibson został skreślony z wielu list koleżeńskich i finansowych. Oczywiście Hollywood kocha niegrzecznych chłopców, więc zapewne za niedługo znajdzie się i kasa na "Pasję 2" (może nawet Rzymian zagrają tam ci poobrażani policjanci drogówki?), ale czasy dla niemłodego już przecież Australijczyka były niewątpliwie ciężkie, a tu taka niespodzianka! Po czwarte, to naprawdę nieźle zagrany film. Nigdy nie uważałem Gibsona za jakieś dzieło sztuki aktorskiej - wręcz przeciwnie, momentami jego drewniana mimika bywa drażniąca - ale w duecie z Foster i młodymi sprawują się na ekranie bardzo sympatycznie, choć nie zawsze sympatycznie się do siebie odnoszą. W sensie: jest chemia. Po piąte, bardzo dające do myślenia, a jednocześnie filmowe, przyciągające pomysły, jak karteczki z podobieństwami, wykuta dziura w ścianie czy zbliżenia na mordę pluszaka, ze świdrującymi oczkami. Po szóste, to naprawdę mądry film, jeśli dać mu miejsce i czas w swoim umyśle. Oczywiście, czasami nieco koślawy, za bardzo amerykański (czytaj - "rodzinny") i łzawy, ale niektóre sceny, przynajmniej dla mnie, rekompensują tę watę cukrową, której prawdopodobnie żaden mieszkaniec Ameryki nie jest w stanie się przeciwstawić. Po siódme, Anton Yelchin to ten młodziutki chłopak, co zginął w tym roku, bo nie zaciągnął ręcznego na parkingu...

    Nie spodziewałem się cudów, zasiadłem do seansu z dużą miską rezerwy i być może właśnie to okazało się kluczem do tego, że zostałem zauroczony. Jako wisienkę na torcie trzeba tu jeszcze wcisnąć polskie tłumaczenie tytułu - "Podwójne życie" w miejsce zwykłego "Bobra". Kawa na ławę, inaczej się w tym kraju nie da...