Ja uważam, że film był dobry i miał głębsze znaczenie. Rzeczywiście film z pozoru nudy ale
wydaje mi się, że autor chciał pokazać porównanie 2 osób. Stone - gość, który nie ma nic,
był uzależniony, pomagał w zabójstwie własnej rodziny, nie miał kogoś kogo kochał (myślę,
że Lucetta była dla niego tylko fizycznym zaspokojeniem). Drugi Jack, który z pozoru miał
wszystko - żonę, córkę, robotę, dom, był religijny. Myślę, że głównym celem filmu było
ukazanie jak Stone odnalazł szczęście mimo całego szajsu w swoim życiu i ukazanie ludzi,
którzy żyją "na niby". Udają, że jest dobrze, mają wszystko a brakuje im celu w życiu. Widzę,
że większość jedzie po tym filmie ale moim zdaniem był ciekawy.
puenta jest powtarzana kilka razy w trakcie filmu - niczym sie nie roznil jack od stone'a, tutaj na ziemi wszyscy sa sobie rowni, kazdy ma swoje grzechy - czy stone tak naprawde poradzil sobie z tym wszystkim? nie, ani jack, ani jego zona, tak naprawde nikt sie nie zmienia
ale nie powala.... po obsadzie spodziewałam sie jeszcze wiekszej głębi... niestety. Mimo że bardzo lubię Edzia... Draznił mnie wątek z Milla.. byl tak absurdalnie prosty. aż trudno uwierzyć, ze dorosły facet, dojrzały, który nie jedno widzial i przeżył dał się złapać w sidła takiej lali...
W którym momencie Stone odnalazł szczęście ? Jesli na koncu, to musze jeszcze raz obejrzec, bo nie wytrzymalem do bloopersow....
Po takiej obsadzie spodziewałem się więcej. Tzn. gra De Niro bez zarzutu, świetnie oddał zdziadziałego dziada, przesadnie łatwo dał się wkręcić, no ale powiedzmy. Norton również zagrał swoje, jedynie Mila dość słabo przekonywała o swojej głupocie. Wprawdzie jej warsztat również bez zarzutu, ale grała intuicyjnie, bez odrobienia lekcji z jakimiś głupimi lalami. Sam film nie porywający. Prosta intryga, proste relacje. Bardzo po łebkach potraktowana geneza relacji z żoną. Ogólnie lubię filmy dające do myślenia, ale ten niestety nie dał więcej niż 5 minut. ;)