Ted to nie byle jaki Miś. Żadna tam puchata Przytulanka dla dzieciarni. Ćpa, chleje piwsko, klnie jak szewc, sprowadza do domu dziwki, dziewczyny podrywa za pomocą obscenicznych żartów… No i najważniejsze, jest dziełem Setha MacFarlane’a, twórcy serialu Family Guy, który przy okazji udostępnił mu głosu. Charakterystyczny humor Setha M. jest tutaj obecny, są popkulturowe nawiązania (pojawia się nawet pewien zapomniany aktor z 80. w roli samego siebie), jest kilka żartów z innych wyznań/kultur/mniejszości seksualnych, jest niecenzuralne słownictwo, ale bynajmniej nie jest to Family Guy: The Movie. Ostrze złośliwych żartów jest nieco stępione, dialogi chociaż wulgarne, to jednak zaskakująco grzeczne, podobnie fabuła. Na R-kę film zasłużył ale nie jest to hard R, po twórcy FG można się było spodziewać więcej.
Film natomiast nie cierpi na bolączkę serialu, tzn. nierówny poziom humoru, balansujący między wymuszonymi żartami, szokującymi nieco na siłę, a naprawdę błyskotliwymi gagami. Scenariusz "Teda" wprawdzie nie grzeszy na zbytnią błyskotliwość, ale jest przemyślany, trzyma się kupy, a co najważniejsze, ma swoje zabawne momenty. Nie wystarczająco liczne jednakże, żeby z czystym sumieniem polecać go innym. Film jest dość letni, nieco głupawy (nie mylić z - idiotyczny), jest wprawdzie kilka autentycznie rozśmieszających pomysłów, garść politycznie niepoprawnych żartów (daleko im do tych pojawiających się w serialu), bohaterowie są do polubienia, podobnie film, ale dupy nie urywa.