Tsotsi to przydomek młodego, bezrobotnego chłopaka parającego się kradzieżami i rozbojem. Choć młody, wiele już w życiu przeżył. Aby przetrwać zbudował wokół siebie mur, który zdawał się nie do przebicia. Dzięki temu był twardy, pewny siebie, kiedy trzeba i okrutny. Jednak za tym murem skrywa się małe dziecko, które wciąż płacze za matką i psem, który wciąż żyje w przerażeniu ostatniego dnia w domu. Pewnego dnia jednak ten mur pęknie, a życie Tsotsiego zmieni się raz na zawsze.
"Tsotsi" zdobył Oscara, co mnie zupełnie nie dziwi, jednak hasła reklamowe w stylu: 'przełomowy film' są mocno przesadzone. Patrząc z boku, obiektywnie, film ten jest dość stereotypowy. Ot, kolejna opowieść o tym, jak małe dziecko jest w stanie zmienić człowieka. Nie pierwszy to i nie ostatni raz. Jednak siłą filmu Hooda jest to, że bardzo trudno jest na niego spojrzeć obiektywnie - mnie się to w każdym razie nie udało. "Tsotsi" ma w sobie olbrzymi ładunek emocjonalny. Pełno w nim bólu ale i miłości i jeśli tylko widz da się temu ponieść, przeżyje naprawdę niezwykłą historię. Do tego wszystkiego Hood świetnie oddał atmosferę miejsca i charakter ludzi, nie tylko głównych postaci. Dzięki temu czuje się, że historia ma korzenie, że nie jest to jedynie fanaberia.
Warte obejrzenia, wspaniałe przeżycie, lecz mimo wszystko film daleki od arcydzieła.