Ładnie wygląda, ale głupi i chwilami przynudza

Gorszym filmem Shyamalana było co prawda "Zdarzenie", ale ten dzielnie depcze mu po piętach. Nie jest to film tragicznie zły, aż tak nie ma co przesadzać. Problem w tym, że od znanego reżysera (niestety ostatnio znanego z gniotów, ale cóż) wymaga się czegoś na wysokim poziomie, a nie takiej brei.

Trudno byłoby się czepiać do aktorów - pracę wykonali poprawnie i starannie, denerwuje tylko ten młodociany typek. Ale może tak miał wypaść, jako leszcz rozwalający żenadometry (ten jego "rap"... Czy ten dzieciak nie ma poczucia obciachu?).

Co mnie dobiło? Już pierwsza scena. Myślałam, że gdy chce się nakreślić widzowi zarys fabuły i przedstawić bohaterów, robi się to obrazami, filmowo. O ja naiwna. Shyamalan sadza kobietę na sofie i ona do kamery (potem wiemy, że do córki) opowiada o sobie i o rodzicach, i czemu jej dzieci jadą odwiedzić dziadków. Przecież ta formuła była przestarzała już w początkach kina.

Sposób filmowania. Mamy sądzić, że film (a przynajmniej sceny akcji "z ręki") kręcone są przez dzieciaki. Okej, może i mają wypasionego Canona, ale każdy, kto choć raz próbował zmontować swój filmik (niechby z przysłowiowych "imienin u cioci", niekoniecznie 'skarpetą'), wie, że tak pięknego efektu nigdy nie osiągnie się amatorskim sprzętem. A żeby uzyskać tak głębokie czernie, nieprzepalone światłem kadry (to jest b. trudne), idealnie odwzorowane kolory, ostrość, która aż tnie po oczach, brak szumów, trzeba całego zespołu grafików, montażystów, specjalistów od koloru i innych fachowców. I ten zespół pracuje przez długi czas, żeby ostatecznie otrzymać przepięknej jakości film - taki, jak choćby fragmenty "Wizyty". A tu nastolatka kręci sobie filmik lustrzanką, potem ciach, ciach, poklika kwadrans na gównianym laptopiku (używanie myszy jest dla lamerów?) i już, film taki, że klękajcie narody. Bardzo mnie to razi, bo jeśli chce się przekonać widza, że coś jest 'autentyczne', w formie paradokumentu, to trudno - trzeba zrezygnować z jakości obrazu (słynne "Blair witch" czy "Rec"). A Shyamalan stoi w dziwnym rozkroku - chciałby mieć paradokument, ale ma być śliczniusio. No panie, tak się nie da. Przez samo to film od razu traci jakąkolwiek wiarygodność i budzi nieufność w widzu.

Dialogi są suche (Karol Strasburger byłby dumny), powtarzalne i niewiarygodne. Te dzieciaki wypowiadają się chwilami jak sterany życiem profesor. Nie wiem, po co reżyser dwa razy powtórzył scenkę z piekarnikiem. OK, znasz pan bajkę o Jasiu i Małgosi. Gratuluję, każde dziecko ją zna. I co z tego?

Historyjka, jak to u Shyamalana, pełna dziur i nielogiczności. Nie chce mi się rozpisywać na ten temat - wspomnę tylko kilka.
[ - ] Dzieciaki jadą do dziadków, których nie znają, i nie dostają od matki nawet jednego ich zdjęcia? Przecież to nie XIX wiek, teraz zrobienie zdjęcia nie jest problemem większym niż ziewnięcie.
[ - ] Gówniarze wiecznie narzekają na "brak zasięgu" (chyba kilkukrotnie), ale internet w wyśmienitej jakości (skype z videorozmową śmiga tak, że twórcom nawet się nie śniło, nie ma lagów, zniekształceń obrazu, perfekcja praktycznie nie do uzyskania) jest. To po co im "zasięg"? Jest internet, czego chcieć więcej? ;)
[ - ] Z wariatkowa uciekają groźni szaleńcy, a pracownik szpitala przychodzi do nich, nie rozpoznaje ich, a do dzieci śmieje się "haha, chciałem waszym dziadkom opowiedzieć ploteczki". Jakie ploteczki? Że zwiali niebezpieczni wariaci?
Co za głupi film. Wygląda tak ładnie, a jest taki marny.

5
  • Jedyne z czym się zgodzę to brak zasięgu a Skype. Matka mogła nie mieć zdjęć bo przecież była skłócona z rodzicami. Moze po prostu się takich zdjęć pozbyła. Pracownik przyszedł do prawdziwcych dziadków. Zauważ,że nie było ich wtedy w domu- prawdziwi dziadkowie byli personelem medycznym, a ci przybrani pacjentami. Koleś nie miał prawa wiedzieć, że pacjenci zabili swoich terapeutow ;)

    • Jednak nie posiadanie zdjęcia dziadków nie tłumaczy braku zachowania podstawowych zasad bezpieczeństwa. Niby nie widziała ich już lata i mogli się zmienić ale np wzrost czy postura mogły się nie zmienić. Wystarczyło powiedzieć, że moi rodzice są tacy i tacy. "Tak ich zapamiętałam". Jeśli po przyjeździe zbyt wiele elementów by do siebie nie pasowało to można by było zacząć mieć wątpliwości.

    • Ok, ale byla mowa ze dziadkowie prowadza stronke w necie z poradami i sa dosyc znani, wiec zdjecie raczej nie bylo problemem :)

      Inna sprawa, przychodzi doktor bo chce powiedziec ze zwialo dwoch swirow, przychodzi kobieta z tym samym info (nawet ich spotyka, co konczy sie dla niej smiercia na drzewie), i co, i nikt nie pomyslal zeby wparowac do domu i sprawdzic przez tydzien co sie dzieje? Szpital nie zglosil zaginiec, a Policja nie sprawdzila domu po tym jak dwoje ludzi z personelu przestalo sie pojawiac w szpitalu, a ze szpitala zwiala dwojka wariatow?

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię