Gabriel Krawczyk

Retromania jest passé?

Hotspot
/fwm/article/Retromania+jest+pass%C3%A9-132293
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Cena+sztuki-132181

Cena sztuki

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Jakub Socha przygląda się "Velvet Buzzsaw" i dokumentowi "The Price of Everything".

Dan Gilroy poszedł w "Velvet Buzzsaw" na łatwiznę: świat sztuki potraktował jak lodowisko, następnie założył łyżwy i zaczął się ślizgać. W jego najnowszym filmie nie ma nic odkrywczego, to tylko głodne kawałki. (...) Dużo bardziej złożony obraz współczesnego świata sztuki przedstawia dokument "The Price of EverythingNathaniela Kahna z 2018 roku. 

***


Oglądając "Velvet Buzzsaw" Dana Gilroya, film rozgrywający się w świecie sztuki współczesnej, wróciłem pamięcią do moich osobistych z nią spotkań – nie było ich wiele, ale zawsze lepsze coś niż nic. Nie tak dawno byłem na przykład na wernisażu wystawy współczesnego malarstwa polskiego. Wydarzenie odbywało się w samym sercu stolicy, niedaleko włoskiej ambasady i mieszkania, gdzie żył swego czasu Miron Białoszewski. Galeria mieści się na piętrze w starej kamienicy. W piątkowy wieczór zebrał się w niej mały tłum, było tłoczno, ale znośnie. Jedni przechadzali się grzecznie między ścianami, na których wisiały obrazy Agaty Bogackiej, Anny Panek, Macieja Maciejowskiego, inni stali w podgrupkach i rozmawiali. Trudno jednak zgadnąć, co było tematem tych rozmów. Bystre oko obserwatora mogło natomiast dostrzec w jednym kącie gwiazdę polskiej muzyki rozrywkowej, w drugim zaś – pierwszą gwiazdę polskiego kina. Między nimi krążył typ w białej kominiarce, ubrany w sweter alpejski, przy wejściu jeden ze stolików okupowało kilku starszych panów, część z daleka wyglądała na szczerbatych. Całość otulała różowa, delikatna mgiełka. To pewnie przez walające się na podłodze kolorowe trociny – od jednej z życzliwych koleżanek dowiedziałem się, że są to przemielone banknoty o nominale 20 złotych, które wyszły z mennicy z jakimś uszczerbkiem, wadą. Czuło się pieniądz, pewien luksusu, ale i tak daleko było do tych cudów, które rozgrywają się w filmie Gilroya. Nie sposób tych światów do siebie porównać. Nie chodzi nawet o to, że w Warszawie jest bryja śnieżna i brudna noc, a w "Velvet Buzzsaw" – palmy i słońce; chodzi o skalę, która zmienia wszystko.

Weźmy granego przez Gyllenhaala krytyka sztuki – facet żyje z krytyki, jeździ wypasioną bryką, ma nawet magazyn, gdzie przetrzymuje dzieła sztuki, które nie mieszczą mu się w domu. Toż to obrazek prawie jak z kosmosu, albo z dowcipu. Jest tego więcej: armia białych Macków, kiecki prosto z wieszaków projektantów, modernistyczne pałace, lofty wielkości boiska do koszykówki, kolesie z turbokaloryferami, długonogie panny, rekiny i harpie. No i oczywiście sztuka – bombastyczna, postkolonialna, wieszcząca kryzys antropocenu, punkowa, krytyczna. Najlepsza, to znaczy najdroższa. W tym świecie to synonim, ten świat to synekdocha późnego kapitalizmu. Coś mi mówi, że kino będzie z niego dużo częściej korzystało, można w nim z powodzeniem znaleźć mechanizmy znane z firm maklerskich czy korporacji, ale równocześnie o ileż bardziej atrakcyjne jest to środowisko. Składają się na nie bogaci kolekcjonerzy, ekscentryczni artyści, bezwzględni i inteligentni sprzedawcy, wokół kręci się zazwyczaj głodna młodzież, a gdzieś na zewnętrznym krąży jakiś zapomniany, wielki, zwariowany artysta. Mamy więc kasę, pokusę autentyczności, młodość, przestrzeń na seksualne transakcje (i transgresje) – da się z tego zlepić film? Da, choć akurat "Velvet Buzzsaw" pokazuje, że równocześnie da i nie da.

Dla Gilroya sztuką, która naprawdę zachwyca, jest malarstwo figuratywne. Szkoda tylko, że w filmie obrazy są tak brzydkie i tak bardzo zwyczajne.
Jakub Socha
Gilroy poszedł na łatwiznę: świat sztuki potraktował jak lodowisko, następnie założył łyżwy i zaczął się ślizgać. W jego najnowszym filmie nie ma nic odkrywczego, to tylko głodne kawałki. A mianowicie: żarty z tego, że ludzie wieszak biorą za część instalacji artystycznej; kryzys uznanego artysty, który kiedyś był wielki, a dziś w pracowni zajmuje się ćwiczeniem rzutów z dystansu do kosza; kuszenie młodego idealisty; korumpowanie krytyki; rozmowa o kasie; zachwycanie się najgorszym badziewiem. Wszyscy tu są mali i nieciekawi, ich zachwyt – zgoła śmieszny. Uruchamiający ciąg niefortunnych zdarzeń dorobek artystyczny zostawiony przez niemalże anonimowego, pokręconego artystę z przeszłością, który zostaje ujawniony światu przez ambitną dziewczynę, to jakiś straszny chłam. Co ciekawe, jest to chłam z ducha konserwatywny, podszyty przekonaniem, że prawdziwa sztuka to żadne tam instalacje, filmy wideo, pop-art czy inny abstrakcjonizm. Dla Gilroya tą sztuką, która naprawdę zachwyca, która dociera do najgłębszych pokładów w człowieku, jest malarstwo figuratywne. Szkoda tylko, że w filmie obrazy są tak brzydkie i tak bardzo zwyczajne, no może nie tak do końca, przecież przedstawione na płótnach postacie w pewnym momencie ożywają. Ożywają po to, żeby wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy zaprzedali duszę diabłu, czyli rynkowi.

Dużo bardziej złożony obraz współczesnego świata sztuki przedstawia dokument "The Price of Everything" Nathaniela Kahna z 2018 roku. Choć wyraźnie widać, z kim Kahn sympatyzuje, nie bawi się on w jeremiady o upadku cywilizacji, powstrzymuje się od pochopnej krytyki. Daje się ludziom związanym ze sztuką wypowiedzieć, a ich głosy składają się na polifoniczną historię. Całość skonstruowana jest wokół mającej się odbyć za kilka tygodniu aukcji dzieł sztuki współczesnej, na której pewnie znowu padnie rekord finansowy. Kahn odwiedza ze swoją kamerą tych, którzy ją przygotowują, potencjalnych kupców, no i oczywiście żyjących artystów, których prace zostaną wystawione na sprzedaż. Każdemu z nich zadaje pytanie o kształt dzisiejszego rynku i za każdym razem dostaje inną odpowiedź. Jedni rzucają prowokacyjnie, że przetrwa tak naprawdę tylko ta sztuka, która jest droga. Inni przedstawiają pospieszną klasyfikację gatunku ludzkiego: "są ci, którzy widzą, ci, którzy widzą tylko wtedy, gdy im się pokaże, i ci, którzy nigdy nie zobaczą". Gerhard Richter, przechadzając się wśród swoich obrazów, opowiada, że wolałby, żeby jego prace nie kosztowały tyle, co domy, bo to trochę nie w porządku, a przede wszystkim chciałby, żeby wisiały one w muzeach, a nie prywatnych kolekcjach, bo tylko wtedy każdy mógłby mieć do nich dostęp. Multimilioner Jeff Koons zaprasza widzów do swojej fabryki, gdzie pomocnicy produkują niemalże taśmowo sygnowane przez niego dzieła, i monologuje coś o własnej wyjątkowości. Njideka Akunyili Crosby, pochodząca z Afryki młoda malarka, która osiągnęła ogromny sukces komercyjny jeszcze przed czterdziestką, zwierza się, że bardziej od pieniędzy interesuje ją to, żeby myśleć o swojej twórczości jako o projekcie wieloletnim, choć pewnie dobrze wie, że to właśnie dzięki pieniądzom będzie go mogła spokojnie rozwijać.

PriceofEverythingNathanielKahn.jpg
"The Price of Everything"
Ktoś opowiada, że tworzenie sztuki zastąpione zostało przez budowanie marki. Ktoś jeszcze z ironicznym błyskiem w oku zachęca, żeby śmiać się ze sztuki i nie traktować jej jako czegoś niezbędnego, bo niezbędna do życia jest tak naprawdę raczej żywność, no i może jeszcze odrobina wolności. Spośród bohaterów "The Price of Everything" na pierwszy plan wybija się Stefan Edlis, chicagowski kolekcjoner i filantrop, wiekowy człowiek, bo urodzony w 1925 roku w nazistowskich Niemczech. Kahn filmuje go w  jego wielkim apartamencie wypełnionym po brzegi sztuką współczesną. Edlis rzuca w pewnym momencie bon mott podkradziony od Oscara Wilde'a: "Jest mnóstwo ludzi, którzy znają cenę wszystkiego i nie wiedzą nic o wartościach", ale jego opowieść nie jest opowieścią o wartościach, tylko opowieścią kupca, który pochylony nad Excelem albo przechadzający się wśród eksponatów mówi o swoich najcenniejszych zdobyczach, najsprytniejszych transakcjach. Ten kupiec ma jednak do tego, czym się zajmuje, duży dystans. Czasami rzuca: czy to jest sztuka? Cholera wie. I chwilę później ujawnia, za ile ją nabył. I to może właśnie jest najsmutniejsza i najprawdziwsza rzecz – sztuką współczesną tak naprawdę interesują się nieliczni, zdecydowanie większa liczba ludzi zdaje się śledzić, za ile się ją sprzedaje.

Edlis mówi, że żeby być dobrym kolekcjonerem, tak naprawdę trzeba być płytkim człowiekiem. Zastanawiająca jest ta potrzeba rzucania bezustannie tych zgrabnych zdań, które mają jakoby właściwość kluczy do rzeczywistości. Otóż tak nie jest, świat jest trochę bardziej skomplikowany. Jeśli nawet pojawia się w filmie jakaś eksperymentująca z botoksem kolekcjonerka, która zaczyna płakać przed kamerą na samą myśl o tym, jak to kupiła dzieło sztuki, które od pierwszego wejrzenia napełniło ją oceanem wzruszeń, to przecież nie da się tak ławo powiedzieć, że te łzy są nieprawdziwe. Jeśli nawet mówi się w "The Price of Everything", że Koons uprawia coś, co się nazywa "lobby art", to równocześnie Kahn nie stara się na siłę zrobić ze swojego bohatera zwykłego farmazona, wręcz przeciwnie – artysta wychodzi tu na kogoś na kształt wizjonera, który jako jeden z pierwszych wyczuł, gdzie za chwilę zacznie wiać wiatr historii. Jego naturalnym przeciwieństwem jest w filmie Larry Poons, amerykański artysta, który wiele lat temu zarobił sporą kasę, ale szybko poczuł, że nie chce surfować na tej samej fali, co wszyscy i malować tylko to, co się sprzedaje. Spakował więc swoje manatki i opuścił Nowy Jork. Teraz jest już siwym staruszkiem z bujną siwą czupryną na głowie. Mieszka w drewnianym domku, obok którego ma pracownię, w której maluje to, co chce i jak chce. Mówi, że wzorem jest dla niego Beethoven, śmieje się, że w Nowym Jorku część myśli, że nie żyje, a część życzy mu śmierci, bo wtedy jego stare prace nabrałyby dodatkowej wartości. Wydaje się wolny i niepodległy, w przerwach od pracy bierze udział w wyścigach starymi motocyklami. Patrząc na tego zażywnego staruszka, trudno mu nie zazdrościć pogody ducha. Równocześnie trudno też zapomnieć o tym, co w filmie Kahna mówi jeden z krytyków – z tych, którzy startują w świecie sztuki, przebija się może pół procenta, reszta zostanie zapomniana.
14