Wartość sentymentalna
Jedna bitwa po drugiej
Tajny agent
OSCARY 2026 BEST PICTURE RANKED
Lista rankingowa 9 tytułów
Zaraz się zbiorę do "Snów o pociągach", słowo...
Godna największych skandynawskich dramatopisarzy opowieść o nieprzepracowanych krzywdach w nawiedzonym domu. Dotyka głęboko, ale ostatecznie daje schronienie.
O życiu w dniu dzisiejszym jako ciągłej pogoni, w której co rusz bezradnie gubisz sensy w zwątpieniu, by za moment znów poczuć i zrozumieć je w pełnej okazałości – jak w przegenalnej finałowej scenie pędu przez amerykańskie pagórki. Anderson w końcu wymienia vintage fury na bolid rocznika 2025, którym rozpędza się w precyzyjną reprodukcję ducha współczesnego świata: okopanego w swoich paranoicznych lękach, a przy tym zmuszonego do nieustannego konfrontowania się z każdym z nich z podniesionym czołem. Pomiędzy już było. Albo bezwarunkowa wola walki, albo cię zjedzą człowieku żywcem.
Połamany kryminał o niemożliwości pełnego poznania i o prawdzie, która na zawsze ulatuje wraz z nami. Kleber Goatonça Filho - kochacie gościa? To powinniście.
O naginaniu rzeczywistości do własnej woli, która na swojej drodze raz trafi na folię z aluminium, raz na stalowy blok. Safdie rozumie, że żeby zostać mężczyzną trzeba najpierw zakończyć karierę chłopczyka zaspokojeniem własnych, doraźnych ambicji – i zdaniem sobie sprawy, ile one tak naprawdę były warte.
5
Hamnet
2025
O klinczu wielkiej miłości i wielkiego smutku w niewietrzonych pokojach rodzinnego domu. Stojące powietrze konserwuje obie te emocje spowalniając bieg czasu, ale Zhao dowodzi, że w ten czy inny sposób one zawsze znajdą właściwe ujście. Dla Szekspira tym ujściem staje się oczywiście sztuka, która – zamiast jak zwykle służyć za przestrzeń terapii – spisana zostaje jak gdyby prastarymi runami umożliwiającymi prawdziwy kontakt zarówno z duchami, jak i żywymi. Szekspir stawia te runy na hamletowskim brudnopisie, jego pióro przepraszająco otula prawdziwym uczuciem, które, wychodząc z niego, staje się wieczne, wspólne i nieskończone, a ja patrzę na to kurde w zimnej sali kinowej i żałuję, że poruszona masa ludzka nie miażdży mnie właśnie na widowni londyńskiego The Globe. Tam przynajmniej byłoby w kogo wytrzeć zaryczaną gębę.
Filmowe super-doświadczenie 10DX, kiedy siedzisz w fotelu kinowym, a czujesz każdym receptorem, że popylasz 350 km/h. Większy cud techniki, niż dowolny bolid F1
Cooglerskie i kuglarskie (😉😉😉) „Od zmierzchu do świtu”, rozbite na dwie części trochę jak filmowi bracia bliźniacy – jeden jest dobry, drugi jest zły.
Film zrodzony ze zdystansowanej obserwacji – a nie chęci zrozumienia – współczesnych niepokojów, w którym teatr jednego aktora potrafi odwrócić uwagę od potwornej diagnozy naszego świata; wyalienowanego, rozbitego świata, który, by go ocalić, trzeba najpierw zanihilować. Ostatecznie w popularnej ostatnio kategorii „Diagnozy Dnia Dzisiejszego” od Lánthimosa więcej osiągają twórcy, którzy w pokiereszowanym człowieku widzą jednak iskierkę czegoś pięknego.
Może to bluźnierstwo, ale jak dla mnie baśniowe opowieści Guillermo del Toro cierpią zazwyczaj na ten sam problem – w swojej baśniowości nie potrafią nie traktować widza jak dziecka, któremu oczy kleją się powoli do snu. Nie sądzę, żeby idące za tym założenie, powodujące dopowiadanie i objaśnianie każdej filmowej emocji, było największą bolączką "Frankensteina", ale być może jest taką, od której początek wzięły wszystkie inne. Dowolny scenariuszowy element – od laboratorium, przez postaci pierwszego i drugiego planu, po targające ich losami impulsy – jest tu nieznośnie umowny, co dystansuje krok po kroku do miejsca, w którym nic mnie to już nie obchodzi. Serio: mija godzina, ja zerkam na zegarek i orientuję się, że już tylko gapię się na ruchome obrazki o podkręconej saturacji barwnej, przy której del Toro majstrował, żebym czasem nie przeoczył, że w jego nowym filmie ten sam co zawsze jaskrawy kolor niesie za sobą ten sam co zawsze jaskrawy symbol.