Typowa przedwojenna aktoreczka w typowych szmirowatych przedwojennych filmach.

Ale cóż, sanacja ostatnio w modzie, więc zachwyt motłochu murowany.

                • No i dalej nic o aktorach których wymieniłem: Pan niemalże zakazuje nam mówić o Maryli Rodowicz, mówi o może 4 filmach, 3 aktorach i nic więcej, a my artystów i filmów mamy na kopy: wspaniałych aktorów Zelwerowicza, czy Jaracza i Solskiego- to talenty najwyższej próby- wszyscy patroni polskich szkół teatralnych tworzyli w dwudziestoleciu- Zelwerowicz (Warszawa- AT), Solski (Kraków-PWST), a nawet szkoła filmowa jest pod patronatem Leona Schiller, wszyscy to artyści nie tylko teatralni, ale i filmowi. Jaracz grał ze Smosarską, Zelwerowicz z Benitą, Brodniewiczem i Smosarską, Schiller z Witoldem Conti, Szczepańską...

                  A pan atakuje kino lat 30., że nie było znane w Europie. Popularne i znane nie oznacza dobre- Doda też jest znana...

                • Przepraszam, pomyliły mi się filmy Schiller rzeczywiście pracował z Contim, ale nie ze Szczepańską, tylko z Malicką, Halamą, Dymszą, Jarszewską, Żabczyńskim, Sielańskim...

                • Ważne jest to co polskie ,kiedyś i teraz. Kino przedwojenne zasługuje na uwielbienie ! Inna epoka inna kultura inne czasy ale warta ta epoka pamięci dla nas wszystkich. Nie wszyscy to potrafią zrozumieć. Szkoda tylko ze wojna zniszczyła talenty aktorów, rezyserów, scenarzystów i wielu innych zdolnych polaków. Nie tylko wojna ale i okres powojennych układów komunistycznych. Dla tych ludzi to był koniec kariery!

                • Jeszcze na temat Grossówny! Helenka była znakomita aktorką! Miała wszystko to co moze mieć aktorka z klasą -urodę ,piękny głos , uzdolnienia taneczne. W czasie powstania Warszawskiego była łączniczką , wywieziona do obozu pracy do Niemiec. Jej mąż były oficer gen. Maczka po wojnie przez komunistów nenkany za służbe pod jego rozkazami. A jeśli chodzi o Inę Benitę to że zakochała się w zołnierzu austryjackim służącym w armi niemieckiej to zadne przestępstwo! Nie wszyscy zołnierze to SS. Nie wszyscy Niemcy to mordercy tam też słuzyli normalni ludzie. Biedna Ina zgineła w Powstaniu Warszawskim w kanałach z malutkim synkiem. Troche zrozumienia i wiadomości" panie mądry"!

                • Racja! Kochanek Iny był w Wermachcie (przepraszam, za nieznajomość niemieckiego), czyli w normalnej armii, dla wszystkich Niemców, a nie w SS, czyli armii dla ochotników, chcących służyć Fuhrerowi. A pan mądry trolluje także na forum Iny. A na pocieszenie link!
                  http://www.tvn24.pl/-1,1729919,0,1,stare-polskie-kino-trafi-...

                • Panie mówi coś Panu Proces norymberski? A takie nazwisko jak Keitel? Dowódca Wermachtu. Wie Pan dlaczego został skazany na kare smierci? Bo to normalne wojsko, jak się Pan wyraził, ten Wermacht dokonywał masowych egzekucji, masowych mordów. Także w Palmirach. Kto wie, czy kochaś Benity nie brał w tym udziału. Pana impotencja historyczna jest straszna. Rozgrzesza Pan morderców, a miłość z nimi Pan sankcjonuje. To jest obrzydliwe. Słowo okupant widać nie ma w Panu żadnego odzewu, reakcji. Nie dziwi mnie, że kogoś takiego jak Pan pasjonuje takie coś jak rewia itp. Nie mam przyjemności więcej Panu odpowiadać. Żegnam Pana.

                • Komunizm miał większe ambicje od produkowania romansideł, a tym samym tworzenia miejsc pracy dla marnych aktorów, aktoreczek. Który z nich mógłby zagrać Kube w Pętli tak jak Holoubek? To nawet nie kwestia wieku.

                • To miej Pan na kopy. W sztuce ważna jest jakość, a nie ilość.
                  To Pan ciągle unika odpowiedzi na pytanie jak te szmiry mają się do kina światowego, co wniosło to kino w rozwój sztuki? To że Pan je lubi to żaden argument. Nic nie wniosło, jest przestrzenią dla takich ludzi jak Pan, artystycznie to kino nie znaczy nic.
                  A Pętla Hasa? Sanatorium pod Klepsydrą, Rękopis znaleziony w Saragossie, Szyfry, Lalka. Milczenie, Nikt nie woła Kutza(w tym ostatnim masz Pan miłość, podaną jednak poetycko, ukazując problem relacji ludzkich pełnych niedomówień, niuansów , Do tego Zofia Marcinkowska, młoda, znakomita, sugestywna, niestety zmarła tragicznie i młodo. Może Benita byłaby w stanie tak zagrać?). Matka Joanna od Aniołów, filmy Wajdy, Salto, Jak daleko stąd, jak blisko Konwickiego, Żywot Mateusza, Ćma, Ulica graniczna ze złotym medalem w Wenecji, Człowiek na torze z nagrodą w Karłowych Warach, Eroica tego samego Munka, cudowne Małe dramaty Nasfetera, poetyckie, delikatne. Dalej Nóż w wodzie, Jowita, filmy Zanussiego, Kieslowskiego, Sass, Odwiedziny prezydent a itp itd. Może takich filmów masz Pan na kopy w sanacji? Hehehe uśmiać się można na całego.

                • Wniosło niewiele. Fakt, a pan unika recenzji jakiegoś filmu...
                  Tak, wtedy wspaniałych aktorów było wtedy na kopy. A jeżeli odmawia pan talentu Jaraczowi, czy Zelwerowiczowi, to lepiej skończy rozmowę. I czekam na recenzję

                • O przepraszam, muzyka Henryka Warsa- wspaniała- po wojnie zrobił karierę w Ameryce, tak więc muzyka wniosła. Dzięki Ludwikowi Starskiemu żyje Allan Starski (http://www.filmweb.pl/person/Allan.Starski). Gdyby nie patriotyzm Jadwiga Smosarska wyjechałaby do Hollywood- dwa razy wysyłano do niej oficjalne zaproszenia- w Ameryce czekali na nią wszyscy- była doceniana dzięki "Barbarze Radziwiłłównie" i "Księżnej Łowickiej"- czyli "szmirowatym melodramacikom". Nawet na Inę Benitę "która nie byłaby w stanie tak zagrać" czekali w Paryżu- film z jej udziałem "Czarne diamenty" miał repezentować Polskę na festiwalu w Cannes. Podobno film był jednym z faworytów, a Ina miała go reprezentować- jury już wcześniej ją doceniło. Planowała też, że ok. 1940 r. wyjedzie do Paryża i tam będzie grała- również otrzymywała zaproszenia. A na koniec "szmirowata aktoreczka" i "facet o słabiutkim głosie"- Eugeniusz Bodo, Helena Grossówna mieli przecież wyjechać w 1940 r. do USA i tam występować- zapraszano tam ich.
                  Tak więc, kiedy w pełni odpowiedziałem panu, o tym co wniosło kino polskie lat 30. do kina światowego, to niech pan odpowie mi na moje. RECENZJA! Proszę o dowolny film.
                  I jeszcze jedno głos "przedstawiciela sztuki niskiej" Mieczysława Fogga, był doceniany i w warunkach sprzyjających sztuce wysokiej, czyli w PRL...

                • A pańskie argumenty ("bo było to kino płytkie, komercyjne") nie są oparte na przykładach. CO BYŁO PŁYTKIE I KOMERCYJNE?? JAKI FILM?
                  Pan sypie ogólnikami i uogólnia pan wszystkie filmy przedwojenne. Zrównuje pan "Legion ulicy" i "Piętro wyżej" do "Trędowatej".

                • A to co pan uważa za błahy melodramat porusza ważne tematy. Po prostu twórcy musieli sami zarabiać i ściągać do kin publiczność nie tylko inteligencką.

  • Jak możesz pisać, że w tamtym okresie nie było ambitnych filmów, poruszających ważne i trudne tematy? A np.
    "Córka generała Pankratowa"
    "List do matki"
    "Kobiety nad przepaścią"
    "O czym się nie mówi..."
    "Za winy niepopełnione"

    A to, że filmu traktujące o miłości czy komedie w tamtych czasach były na topie to coś złego? Taka moda, teraz wielbione są filmy sf i sensacyjne a w Polsce komedie romantyczne... i co z tego? kręciło się to na co był popyt, było tak i jest. Dziwi mnie jak można coś tak mieszać z błotem! Można się wypowiedzieć w sprawie filmu czy aktora, powiedzieć np. "nie lubię danego gatunku czy danego aktora bo to czy tamto" ale nie używać obraźliwych określeń i obrażać tym samym tych którzy to lubią. Człowieku! Nie lubisz?- Nie oglądaj! Ale daj innym obejrzeć!

    • Pewnie to żaden problem, tylko Polska filmowo sytuuje się ambicjami między Brazylią, a Argentyną, bo tam jest wielki przemysł telenowel, komedii romantycznych. Gonimy Brazylie?
      Coś , co jest błotem nie trzeba już z błotem mieszać.
      Kraje gdzie zamiast kultury podaje się chłam to żaden powód do dumy. Trzeba mieć ambicje, nie można chować społeczeństwa na kiczu, szmirach. Trzeba za wszelką cenę przemycach w umysły ludzi sztukę ambitną, wrażliwą. To decyduje o pozycji, o dojrzałości. Powiesci sensacyjne nie zastąpią lektury Zoli, Prousta, Kafki, Diderota. Tak samo jest z kinem. Chłam trzeba nazywać po imieniu, nawet gdy komercyjna moda dyktuje coś innego. Chce Pani czytać harlekiny, ok, ja nie zabraniam nikomu, ale Pani niech nie zabrania mi nazywać tego czym jest takie romansidło, tego że to romansidło jest błotem przy Conradzie, Schulzu, czy przy Dostojewskim.
      Niektórym niestety w głowach się poprzewracało, i romansidła próbują wyżej oceniać jak właśnie takiego przysłowiowego Dostojewskiego. Głupotę nazywać trzeba wprost, są wartości, których nie można zniweczyć w imię komfortu.
      I proszę się zastanowić w ilu filmach, które Pani wymieniła, w ilu z nich dobry temat zostaje zniweczony przez głupie wstawki miłosne, słabizne reżyserską.

      • Po pierwsze: Czy jest na świecie kraj w którym media są wzorem do naśladowania jeśli chodzi o kulturę, tak, że nie ma w nich produkcji czy to filmów czy literatury nie mających z nią nic wspólnego. Chyba takowy nie istnieje.
        Po drugie: Ja w tych wymienionych filmach nie widzę niczego takiego co by skłaniało mnie do nazywania ich "chłamem", nie widzę by któryś z nich był aż tak słaby by nazywać go błotem. Wręcz byłam pod wrażeniem tego jak historie głównych bohaterów zostały tragicznie "odmalowane" choćby w "Liście do matki", a aktorstwo w tamtym filmie było naprawdę świetne, sama ów matka (nie pamiętam nazwiska aktorki) była bardzo przekonująca, chyba po raz pierwszy zobaczyłam w polskim filmie z tamtych lat postać przeżywającą takie dramatyczne chwile, mającą w sobie tyle bólu i (z) bezradności, a aktorka grająca ją stanęła na wysokości zadania.
        A tak w ogóle to widzę, że masz jakiś negatywny stosunek do filmów o miłości, zwłaszcza tej między kobietą a mężczyzną- jakieś kompleksy? Oczywiście zgadzam się w 100% iż większość komedii romantycznych to słabe filmy dla kogoś kto nie jet ich fanem, zwłaszcza te polskie z ostatniego 10lecia, żeby były choćby śmieszne lub miały jakiś klimat... obie cechy zaś mają nasze ogólnie ujmując "stare" filmy z tego gatunku, jest w nich nie raz element zaskoczenia, nieźle wykreowana intryga czy seria pomyłek, do tego ładne piosenki i ten już chyba zapomniany stosunek obu płci do siebie, mam na myśli szacunek, dobre maniery, romantyzm, wszystko to daje człowiekowi szansę odetchnąć po dniu wśród współczesnych zabieganych, wulgarnych, pyszałkowatych "dżentelmenów" i równie wykwintnych "dam". We współczesnych filmach o miłości (nie tylko w komediach rom.) tego nie ma, czekać tylko aż para wskoczy sobie do łóżka lub co najmniej "do gardła" (w sensie innym niż ten który się wpierw każdemu nasuwa). Gdzie tu ten komizm i ta romantyczność?
        Co do drugiej kwestii, nie wiem czy ta zagrywka odnoście harlekinów była do mnie skierowana, ale na wszelki wypadek powiem wprost: nigdy tego nie miałam nawet w ręku,! Powód?- Po co czytać coś gdzie chodzi tylko o jedno, gdzie jest tylko "bla bla bla" i chop do łóżka i gdzie z góry wiadomo jak się skończy, pomijam już wartość artystyczną tzn. literacką książki. Gdy mam ochotę na coś o miłości czytam Bronte, Austen czy Radcliffe, po za tym uwielbiam Schillera, Dostojewskiego i Turgieniewa ale pewnie na to znajdziesz kąśliwą uwagę.

        • Z tymi kompleksami to uszczypliwość słabej monety, bez polotu niestety. To tak w imię kąśliwości o którą tak zabiegałaś( jeśli już jesteśmy na Ty).
          Nie mam kompleksów w tym względzie. Powyżej napisałem o Nikt nie wofa, filmie o relacji dwojga młodych ludzi, trudnym uczuciu w trudnych czasach ze wspaniałą Marcinkowską, o której Kutz powiedział, że nie grała, a przeżywała naprawdę miłość z filmu, co już wtedy było niepokojące. Strasznie wrażliwa dziewczyna, strasznie skończyła w roku w którym Little Peggy naiwnie spiewała I will follow him, co mi osobiście nakreśla jeszcze bardziej ten dramat. Sam film fantastyczny, głęboki, ambitnie pokazujący uczucie, psychikę ludzką. W sanacyjnym kinie tego nie ma. Bzdurne fabuły pełne wzdychań, oczywiścię z bogatym amantem, obrzydliwie bogatym w roli głownej. To nie jest nawet kino.
          Dostojewski nigdy nie pisał o łatwej miłości, z Anny Kareniny śmiał się. Kobiety Dostojewskiego często mają w sobie jakieś kalectwo, jakieś skazy, są skore do poświęceń, ale nie ma w tym nic z bajki, wręcz przeciwnie, to pulsujące bólem życie.

          • Z tymi mediami to oczywiście nie ma ideału. Moim zdaniem media PRL, pomimo tej ogromnej propagandy, cenzury jaką się im zarzuca, były o wiele ambitniejsze w ofercie kultularnej od dzisiejszych bez sprzeciwu robiących z ludzi płytkich durni. Ale chocby BBC, różne media typu Arte inicjujące zjawiska kultularne bez propagandy(choć bbc też ma swoje grzechy) są jakimś tam wzorem na marginesie. W Polsce głupota, polityka mediów doprowodzi w końcu do dramatu tak jak kiedyś w Niemczech kłamstwa Bildu i pana S. Ale to już zupełnie temat nie na tutaj. Dobrej nocy.

            • Uwielbiam Panią Grossównę i wszystkie z filmy z nią są wspaniałe . Nie jestem znawcą a filmy oceniam sercem i tylko tym jak ja to widzę , a nie tym jak oceniają je krytycy i znawcy . Wam proponuję to samo. Większość wybitnych filmów nazwanych przez krytyków arcydziełami są dla mnie nie do strawienia i uważam je za stratę czasu . Żaden krytyk ani nikt inny nie będzie mi mówił co jest arcydziełem a co szmirą .Pan panie Rittner powinien znaleźć forum na którym znajdzie pan zrozumienie , posłuch i ludzi posiadającą wiedzę podobną do pana , po co pan dyskutuje z motłochem . Bo ja w ogóle nie rozumiem o czym Pan piszę . Nie musi Pan lubić filmów czy aktorów które się panu nie podobają . Pana też z pewnością jedni lubią , a inni nie lubią . Wynik Pani Grossówny jest bardzo dobry średnia 9 z 240 głosów . I niestety ile by Pan tutaj jeszcze nie pisał , nic Pan na to nie poradzi . Pozdrawiam wszystkich dyskutujących.


              • Ukłony.
                Dokładnie to samo myślę.
                A tak w ogóle to z filmami i aktorami nawet tak jest czasem przewrotnie, że można dostrzec wielkość a równocześnie nie lubić. Podam świeży przykład od siebie. Przedwczoraj oglądałam film rosyjski "Bączek" spodziewałam się wg. opisu dramatu, takiego płaczliwego, delikatnego filmu który pozostawi we mnie melancholię itp. tymczasem film "zrył" (nie wiem jakie inne użyć słowo) mi resztę wieczoru tak, a właściwie odcisnął na mej psychice piętno i do końca kolejnego dnia. Po tej wypowiedzi dokładnie skomentuje ów przeżycia i ich przyczyny na str. tego filmu. Ale wracając do tej wypowiedzi, otóż film oceniłabym wysoko tak na 9-10 pod względem budowy tzn. zamiarów ekipy i ich realizacji, pod względem "odmienności" i tego jak silnie oddziałuje na odbiorcę, czyli zrobiłabym to co krytyk, gdyby nie to, że mam pewne własne oczekiwania i kieruje się uczuciami czy inaczej odczuciami a te po seansie kazały mi bardzo nisko film ocenić. Bo jaką dać notę czemuś co było świetne jako treść, swą budową, kunsztem a równocześnie tak obrzydliwe i wywarło tak niemiłe wrażenie? Film ten można porównać do (długo zastanawiałam się czego) do wystawy Body Worlds.
                Miałam dylemat co z tym fantem zrobić ale doszłam do wniosku że popsutego wieczoru mi nikt nie odda i stąd będzie niska moja ocena.
                Tak więc to co się nam podoba jest sprawa gustu, upodobań, oczekiwań i nie ja np. nie kieruję się zdaniem krytyków filmowych czy literackich, sprawdzam to co zachwalają lub wręcz przeciwnie ale na tym się kończy, nigdy nie popieram ich zdania czyli nie poddaje się perswazji czy jak to tam nazwać... Pozdrawiam.

                • I ja mam podobne odczucia do kolegi syriuszfalcon. Przedwojenne filmy oglądam "sercem" i trochę smutno się uśmiecham jak widzę Inę Benitę, Orwida, Rakowieckiego, bo wiem że oni za kilka lat zginą, a sami, w swojej nieświadomości nadchodzącej strasznej wojny są jeszcze tacy beztroscy... Z żalem patrzę na Eugeniusza Bodo bo wiem jak okropny będzie jego koniec - on tego jeszcze nie wie... Wreszcie jak słyszę i widzę Szczepka i Tońka i tę ich miłość do Lwowa, to serce się kraje na świadomość że oni za chwilę stracą to miasto na zawsze, już nigdy do niego nie wrócą. I ta nasza dzisiejsza świadomość losów tych wszystkich aktorów każe nam (z wyjątkami, jak to wyżej widać) specyficznie patrzeć na przedwojenne polskie filmy. To nic, że to kino nie reprezentowało jakichś nowych prądów kulturowych, społecznych czy po prostu wydumanych, z przerostem formy nad treścią, abstrakcji. To kino ma w sobie coś ulotnego i krzepiąco-smutnego jednocześnie. Jakże ubodzy duchowo są ci którzy tego nie czują...
                  Pozrawiam

                • @arcadiosnk - popieram w 100%!
                  a co do założyciela tematu, twoje odczucia ok, ale nie obrażaj mnie, ani mojej babci, nie jesteśmy motłochem, babci która w 1500% lepiej się zna na kinie niż Pan R. więcej widziała klasyki w kinie niż ty przed tv...

  • Twoja wypowiedź już swoją burzę wywołała, więc nie będę mącił więcej wody, ale napiszę tylko to, że nie każdy musi się zgadzać z twoją opinią. Ani na temat Grossówny, ani na temat przedwojennych polskich filmów.

    • Oczywiście, że nie musi. Sama historia już osądziła ich wartość. A mnie samemu jest ogromnie przykro, bo twórcy tamtego kina, tacy jak Lejtes i Ford, mieli potencjał, żeby być wartością kina świtowegego, jednak cenzura junty piłsudczykowskiej, oraz producenci niszczyli ich marzenia o wielkim kinie.

      • Nie jestem ekspertem w dziedzinie polskiego filmu. Ale nie zgodzę się z tym co piszesz. Fakt, że nie przepadam za polskim filmem przedwojennym - i to zapewne z podobnych powodów co i ty - niemniej oszczędzam mu tak druzgocącej krytyki z kilku powodów. Żeby lepiej to wytłumaczyć posłużę się cytatem z książki St. Janickiego:

        "Nasza przedwojenna kinematografia była przedsięwzięciem prywatnym, uzależnionym od niezbyt bogatych producentów oraz właścicieli kin (to oni ją finansowali). Jej stan organizacyjny i techniczny pozostawiał wiele do życzenia (...). Kinematografia musiała się troszczyć sama o siebie, na niczyją pomoc nie mogła liczyć. Nie mając solidnych podstaw finansowych nieustannie borykała się z rozlicznymi kłopotami. Producenci bojąc się jakiegokolwiek ryzyka, stronili od wszystkiego co śmielsze, czy odbiegające od sprawdzonych, tuzinkowych wzorów". (...) Kino PRL-u było objęte mecenatem państwa!

        Film przedwojenny nie był odzwierciedleniem ówczesnej rzeczywistości. Nie mógł być, ponieważ nie pozwalały mu na to wspomniane warunki finansowe, jak i drastyczna cenzura (która nota bene w PRL-u również odcisnęła swoje piętno). Był kinem czysto rozrywkowym, o silnych tendencjach eskapistycznych. Powiedziałbym - "Medium dla mas"... o płytkich wymogach i bardzo skromnej estetyce odbioru. Był skierowany głównie do widza prostego, niezaznajomionego z klasyką ówczesnego kina. Stąd myślę, że zasadniczym błędem jest stawianie go na straconej pozycji, tylko dlatego, że nie dorastał do pięt filmom ocenianym z innej znanej nam perspektywy. Późniejszym dokonaniom zrealizowanym przez kolejne pokolenia artystów, żyjących w całkiem innej rzeczywistości. Moim zdaniem należy go oceniać w oparciu o jemu współczesne filmy - lat 20-tych i 30-tych. I choć często zagraniczna konkurencja wypada znacznie lepiej, to jednak uważam, że bezwzględna krytyka przedwojennego kina byłaby oczywistym nieporozumieniem. (...)"Trzeba go brać takim jakim ono po prostu było".
        Poza tym nie zapominajmy o jeszcze jednej rzeczy. W latach 30-tych nastąpiła migracja i transgresja wzorców polskiego przedwojennego kabaretu do filmu. To samo zresztą tyczy się artystów. I to był ewenement, myślę na skalę światową, który silnie zdeterminował ostateczny kształt ówczesnego kina.

        • Ten ewenement odebrał powagę kinu, skazując go na widownie złożoną głównie z obywateli z dołów społecznych i ich potrzeb estetycznych.
          Wystarczyłoby, żeby ówczesna cenzura nie niszczyła reżyserów i ich marzeń. Przykład Lejtesa jest dobitny. Co drugi film władza bezwględnie niszczyła mu stosując absurdalne środki i wyjaśnienia. Kościuszko pod Racławicami miał zakaz na pokazywanie roli chłopstwa w powstaniu nomen omen chłopskim, bo uznano to za tendencje komunistyczne. Róża, prawdopodobnie najwybitniejszy film międzywojnia, nie mógł pokazywać między innymi zamachu na carskiego generała, bo jak stwierdziła cenzura, jakaby to nie była władza, to była nadal władza i nie wolno na niej dokonywać zamachów. Lejtes słysząc te bzdury zapowiedział spalenie filmu pod budynkiem MSW (tam mieścił się urząd cenzury filmowej - CBF) , usłyszał w odpowiedzi, że czeka na niego bilet w jedną stronę do Berezy. Bezwględność tyranii sanacyjnej była o wiele większa i straszniejsza w skutkach niż najbardziej śmiałe założenia e efekty w tym względzie władz PRL. Krytykując kino sanacyjne krytykuję najgorsze tendencje narzucone w glownej mierze przez władzę, która wolała mamić obywateli szmirami. Byli jednak twórcy, tacy jak Lejtes, Ford, którzy chcieli uciec od tego, potrafiąc przemycić do swoich dzieł artyzm, poważną tematykę. Poczytaj sobie o rychach cenzury wzhlędem Córki generała Pankratowa, to wiele także mówi o władzy tamtego czasu, Pozdr.

          • W mniejszym lub większym stopniu to co napisałeś jest mi znane. Bezwzględnie zgodzę się z tobą, że oprócz finansowych, także polityczne uwarunkowania zabijały polskie kino międzywojnia. To fakt, któremu nie ma co przeczyć, przyrównując np. sytuację do komuny i szafowanie utartym sloganem: "jak to wtedy było nam strasznie źle".
            Mimo to jestem zdania, że powstawały też filmy dobre - i to głównie na gruncie neutralnej komedii. Właśnie dzięki jej związkom z ówczesnym kabaretem. Poza tym nie uważam by ten rodzaj ekspresji artystycznej był czymś gorszym. Na pewno nie wszystko było szmirą. I aktorzy też nie byli najgorsi. Byli na miano swoich czasów. A tu musielibyśmy znów wrócić do przyczyn dlaczego tak było. Nie wszystko musi być sztampowe, naburmuszone, egzystencjalne. To przerabialiśmy głównie w latach 70-tych, w tzw. nurcie "moralnego niepokoju". I również nie wszystko wtedy wychodziło nam świetnie.

          • Pierwszy sekretarz Gomułka (jak i całe KC) też nie cierpiał sanacji i kina przedwojennego.Mam może przyjemność z szanownym wnuczkiem pierwszego sekretarza?

  • Zgadzam się z Tobą, niestety.

  • dobrze masz zryty beret

  • Chyba zbyt krytycznie podchodzisz do polskiego kina miedzywojnia. Z nim jest trochę jak z Bondem: albo się to czuje albo nie. Ja zarówno Bonda jak i polskie międzywojenne filmy oglądam z przymrużeniem oka i dobrze się przy tym bawię. I Tobie radzę to samo :)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: