Recenzja filmu Miłość jest wszystkim (2018)
Michał Kwieciński

Święta polskie

Zabawny jest Damięcki, który robi wszystko, byśmy pomylili go z Robertem Lewandowskim, nieźle wypada roztrzepana i wypluwająca słowa jak z karabinu maszynowego Joanna Kulig. Show kradną jednak ...
Filmweb sp. z o.o.
Ho ho ho! Wprawdzie ciężarówka z coca-colą nie wyjechała jeszcze na polskie drogi, a George Michael i Mariah Carey dopiero się rozkręcają, lecz aktywność rodzimych filmowców starczy za zwiastun Bożego Narodzenia. Nic więc dziwnego, że okolicznościowa produkcja "Miłość jest wszystkim" jest niczym pięknie zapakowane i wyperfumowane pudełko czekoladek – tyle że zawsze trafiasz na lukrecję. 

Jako że duch polifonicznych arcydzieł w rodzaju "To właśnie miłość" wisi nad polską komedią romantyczną niczym złowrogie fatum, scenarzysta filmu krzyżuje ścieżki kilkunastu bohaterów cierpiących na świąteczną gorączkę. Tadeusz (Leszek Lichota) traci pracę, ale nadrabia miną przed podejrzliwą żoną (Julia Wyszyńska). Krysia (Agnieszka Grochowska) traci ojca, lecz z żałoby błyskawicznie wyciąga ją jurny nastolatek (Maciej Musiał), Roma (Joanna Balasz) traci cierpliwość do narzeczonego (Marcin Korcz), a w międzyczasie odlicza dni do ślubu. Jest jeszcze sfrustrowana pracownica sklepu jubilerskiego (Aleksandra Adamska), za którą z wywieszonym językiem gania futbolowy gwiazdor (Mateusz Damięcki), a także bijące serce tego świata – Jan (Olaf Lubaszenko), cynik, który zupełnie przypadkiem zostaje ubrany w kubrak Świętego Mikołaja i staje się narodowym superbohaterem. Nihil novi sub sole. 

Przeniesienie akcji do Trójmiasta okazało się ożywczą zmianą, w końcu ile można całować się na Moście Siekierkowskim, spacerować za rękę po Łazienkach albo wzdychać do księżyca na krakowskich Plantach; Gdańsk wygląda tutaj równie fotogenicznie, a operator okrywa miasto baśniową aurą. Mniej ożywczy jest natomiast sam scenariusz, w którym każda postać określona została maksymalnie dwiema cechami charakteru, od dialogów więdną uszy, a przygody bohaterów splatają się ze sobą w serii nieprawdopodobnych, telenowelowych twistów. W naszpikowanym czerstwymi żartami filmie perełką pozostaje wątek bezrobotnego Piotra – być może dlatego, że jako jedyny sprawia wrażenie wziętego z burej rzeczywistości, a jego fundamentem nie są gatunkowe klisze. Wszystko zaś pływa w koktajlu z tzw. medialnej rzeczywistości, w której telewizja pełni funkcję edukacyjną, kulturotwórczą i zbiera do kupy zatomizowane społeczeństwo. Jak na święta przystało. 

Scenariuszową stajnię Augiasza sprząta weteran produkcji filmowej Michał Kwieciński – tym razem stojący za kamerą, co nie zdarza mu się często (to jego drugi film na przestrzeni ostatniej dekady). Pomagają mu natomiast nieźle prowadzeni aktorzy – jako że ich sensory żenady działają bez zarzutu, często potrafią obronić kiepskie sceny ekranową charyzmą albo subtelną interpretacją. Zabawny jest Damięcki, który robi wszystko, byśmy pomylili go z Robertem Lewandowskim, nieźle wypada roztrzepana i wypluwająca słowa jak z karabinu maszynowego Joanna Kulig. Show kradną jednak najlepsi w tym towarzystwie Leszek Lichota i Julia Wyszyńska – sceny ich domowych przepychanek pasują zarówno do komedii pomyłek, jak i do kina moralnego niepokoju. 

Całość ogląda się bez bólu zębów, lecz w starciu z konkurencją – zarówno polską, jak i zagraniczną – film Kwiecińskiego wypada blado. Jeśli chcecie zagrzać się do boju przed masową wysyłką pocztówek albo zrobić sobie przerwę od wycieńczających rajdów po galeriach handlowych, dwie godziny zlecą jak z bicza strzelił. Jeśli natomiast szukacie filmu, który stanie się stałym elementem świątecznego rytuału, pozostaje list do Świętego Mikołaja. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (33 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni