Recenzja filmu Moja miłość (2016)
Brian Baugh

Święta z Columbine

"Moja miłość" jest filmem dla nikogo – przekonanym nie zaproponuje nic poza utwierdzeniem, wątpiących przerazi ekstremalną tendencyjnością. Wszystko dąży tutaj ku jednemu – lufie karabinu ...
Filmweb sp. z o.o.
I znowu ten krępujący moment. Kiedy proszą mnie o recenzję filmu chrześcijańskiego, zbieram się w sobie i zawieszam na kołku własne przekonania. Próbuję patrzeć przez pryzmat rozrywki, estetyki, rzemiosła, fabuły, czyli tego, na czym prawdopodobnie znam się najlepiej. I choćbym nie wiem jak się starał, prawie za każdym razem wychodzę z kina totalnie sponiewierany. Po gębie bije mnie bezpardonowe moralizatorstwo, nie biorąca żadnych jeńców tendencyjność, ilustracyjność granicząca z religijnym marketingiem. Ale przede wszystkim – wyjątkowo złe wykonanie, niedoróbki warsztatowe, marna reżyseria. Rozumiem, że cel uświęca środki i kamera jest w tym przypadku tylko ziemskim narzędziem wielkiego boskiego planu – ewangelizacji, dawania świadectwa, budowania panteonu świeckich męczenników. A jednak, myślę sobie, dałoby się chyba wypełnić propagandowy plan minimum i przy okazji zrobić poprawny film – w końcu całe Hollywood jest w jakimś stopniu narodową agitką, a mimo to trzyma poziom. Nikt mi również nie wmówi, że wina leży po stronie pieniędzy – genialne kino widziało już o wiele mniejsze budżety. Nie ma mowy – "Moja miłość" jest po prostu knotem. Żywym świadectwem, że na polu estetyki tak zwane "kino misyjne" urządza sobie tarczę strzelniczą z własnych stóp. I w ogóle nie uczy się na starych błędach.   


Jest to w dodatku knot, który z autentycznej masakry w Columbine High School – "ufilmowionej" choćby w "Słoniu" Van Santa – robi teatrzyk kukiełkowy, mroczny przypis do cukierkowego życiorysu współczesnej świętej. 17-letnia Rachel Joy Scott była jedną z pierwszych ofiar tragedii, a przy okazji gorliwą chrześcijanką – udzielała się w lokalnej wspólnocie ewangelickiej, pracowała z ubogimi i wykluczonymi, współorganizowała grupę modlitewną. Zostawiła po sobie dziennik, w którym zapisywała wątpliwości związane z wiarą oraz prowadziła prywatny dialog z Bogiem. Reżyser Brian Baugh przedstawia Rachel zgodnie z wymogami klasycznej hagiografii – dziewczyna na początku schodzi na złą ścieżkę, próbuje wieść życie typowej amerykańskiej nastolatki, ale od rówieśników odróżnia ją cnota, dobroć, tolerancja, chęć niesienia pomocy innym. Zakochuje się w koledze z klasy teatralnej, jego "uduchowienie" okazuje się jednak inną nazwą dla zgniłego świeckiego relatywizmu – za natchnionymi dyskusjami o sztuce chowa się seks i indywidualizm. Rachel oddaje się więc Chrystusowi i swojej misji "czynienia świata lepszym". Pomaga wydziaranemu chłopakowi nawrócić się na chrześcijaństwo, jest konfesjonałem dla dorastających koleżanek, obrończynią pokrzywdzonych. Na piersi dumnie nosi krzyż i nie wstydzi się głośno mówić o swojej wierze, za co oczywiście spotykają ją szykany – na imprezy już się jej nie zaprasza, chłopcy omijają szerokim łukiem, przyjaciółki pukają się w czoła. Dziewczyna cierpi, ale trwa – po chrześcijańsku umacnia się w wierze.

Moralna czystość bije tu po oczach – Rachel jest gładka i błyszcząca jak świeżo umyta szyba, a przy tym równie płaska. Jej niemal franciszkańska afirmacja świata – uśmiech na wieki wieków przyklejony do twarzy – ma niewiele wspólnego z realnym doświadczeniem nastolatków. To zresztą stale powtarzający się problem kina moralnej pewności – młodzież nie tylko nie mówi tutaj własnym językiem, ale w ogóle nie zna ludzkiej mowy. Zero przekleństw, zero slangu, wyłącznie okrągłe, literackie zdania, od czasu do czasu suchy dowcip. Tak jakby w wieku -nastu lat miało się idealny wgląd we własne emocje, działania, myśli i na każdym kroku emanowało życiową mądrością. W zestawieniu z "mydlaną" estetyką – ilustracyjnymi zdjęciami jak z reklamy telewizyjnej, z "obrotową" kamerą, światłem padającym na śnieżnobiałe zęby i taneczno-muzycznymi scenami nabożeństw – dominującym wrażeniem pozostaje sztuczność. I to taka bliska filmikom instruktażowym – jak przechodzić na światłach, jak prawidłowo myć zęby – tyle że ze ściśle purytańskim przesłaniem. Głęboko w pamięć zapada scena, w której Rachel płacze, przeprasza Boga za grzechy i obiecuje poprawę, bo wymknęła się cichcem na imprezę i upiła łyk wódki (matka daje za to siedemnastolatce szlaban na calutkie wakacje). 


Łatwo się oczywiście z tego śmiać i oceniać przez pryzmat własnego podejścia do kwestii obyczajowych. Problem w tym, że jeśli zaniechamy prywatnej oceny, zaraz wyjdzie na jaw, że "Moja miłość" jest filmem dla nikogo – przekonanym nie zaproponuje nic poza utwierdzeniem, wątpiących przerazi ekstremalną tendencyjnością. Wszystko dąży tutaj ku jednemu – lufie karabinu wymierzonej w gorliwą chrześcijankę i pytaniu oprawcy chwilę przed wielkim finałem: "To jak, wierzysz jeszcze w tego swojego Boga?". Odpowiedź znamy już od pierwszych sekwencji, ale za trywializację masakry w Columbine – w służbie chrześcijańskiej hagiografii – twórcom "Mojej miłości" należą się ciężkie baty. W równoległej narracji przyglądamy się przyszłym mordercom z rosnącym zażenowaniem: toż to przecież klisze bad boyów z kina dla nastolatków, brutalni, zidiociali kolesie tłukący w przysłowiowe strzelanki i zakochani w Hitlerze. Niby w szkole ich gnębią, ale tak naprawdę wszystkiemu winien jest Wujek Szatan i koszulki z Metallicą. Psychologię i narodową debatę o dostępie do broni podmienia się tutaj na manicheizm – perfekcyjne dobro i niezachwiana wiara ścierają się z czarnym jak smoła złem. Hollywoodzkie klisze pierzchają w popłochu, widząc tak niezachwianą pewność siebie. Święty obrazek znowu zabawia się w kino. I ze wstydem mu absolutnie nie po drodze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby