Recenzja filmu Anioł (2018)
Luis Ortega

Żyć do utraty tchu

Luis Ortega nie pisze więc kroniki kryminalnej, lecz przedstawia wewnętrzny portret bohatera. Tym, co w "Aniele" zapada w pamięć najbardziej, nie są zatem zabójstwa (tych zresztą wcale nie ma na ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Anioł (2018)
Wprawdzie w 1971 roku, kiedy rozpoczyna się akcja najnowszego filmu Luisa Ortegi i producentów "Dzikich historii", świat miał już za sobą pierwszy wstrząs związany z działalnością masowych morderców (proces Charlesa Mansona i jego "rodziny" dobiegał końca), nikt jednak nie spodziewał się, że wkrótce na ulice wyjdzie więcej bestii. Ted Bundy i John Wayne Gacy cieszyli się jeszcze statusem praworządnych obywateli, a nastoletni Richard Ramirez dopiero odkrywał swą mroczną stronę, wsłuchując się w opowieści kuzyna o okropnościach wietnamskiego frontu. W tym samym czasie w Buenos Aires niejaki Carlos Robledo Puch, młody chłopak obdarzony urodą cherubina z barokowych obrazów, pracował na przydomek "Anioła Śmierci". Kiedy jego zbrodnie wyszły na jaw, opinia publiczna była zbulwersowana. Ale największą trudnością okazało się dla niej przejście do porządku dziennego nad połączeniem fizycznego piękna sprawcy (niejedna dziewczyna marzyła o randce z nim) z ohydą jego czynów. 

photo.title

Reżyser podbija ten dysonans, podkreślając młody wiek (w rzeczywistości w 1971 roku Puch miał 19, nie 17 lat) i idącą z nim w parze beztroskę, z jaką protagonista podchodzi do swoich czynów. Prowadząc swój wewnętrzny monolog, Carlitos (Lorenzo Ferro) zaznacza, że jego pochodzenie i wychowanie nie mają nic wspólnego z upodobaniem do łamania prawa. Jego rodzice to uczciwi, bogobojni ludzie, a on po prostu urodził się złodziejem. Poznajemy go, gdy przeskakuje ogrodzenie, po czym nonszalancko wchodzi do luksusowej rezydencji. Przez jakiś czas kręci się po willi, nalewa sobie drinka, nastawia na gramofonie płytę i… zaczyna tańczyć. Potem idzie do garażu, gdzie bez pośpiechu wybiera samochód, którym chciałby się przejechać, ale w końcu, jak przystało na kontestacyjnego buntownika, wsiada na motocykl. 

To umiłowanie wolności i celebracja chwili przywodzi na myśl Michela Poiccarda z "Do utraty tchu" Jeana-Luca Godarda. O ile jednak kreowany przez Jeana-Paula Belmonda bohater użył pistoletu tylko raz, o tyle Carlitos nie kryje swojej fascynacji bronią palną, przez co chętnie pociąga za spust. Jego skłonność do brawury i chęć przekraczania kolejnych granic wzbudza jednocześnie podziw i przerażenie wspólników. Z jednej strony dzięki sprytowi i pewności siebie osiąga bowiem zadziwiające rezultaty, z drugiej – jego lekkomyślność naraża ich na zdemaskowanie, jak wówczas, gdy śpiącego w miejscu publicznym bezdomnego postanawia przystroić pochodzącą z łupów brylantową broszką. Przy całym okrucieństwie, do jakiego zdolny jest Carlitos, nie wydaje się jednak, aby kierowała nim chęć zysku; to raczej manifest młodego człowieka, który nie chce się podporządkować normom społecznym. 

photo.title

Luis Ortega nie pisze więc kroniki kryminalnej, lecz przedstawia wewnętrzny portret bohatera. Tym, co w "Aniele" zapada w pamięć najbardziej, nie są zatem zabójstwa (tych zresztą wcale nie ma na ekranie tak dużo), ale debiutancka rola Lorenza Ferra, który niczym gwiazda rocka łamie konwenanse, jednocześnie nie stroniąc od subtelniejszych środków wyrazu. Carlitos w jego interpretacji, choć bezczelny i cyniczny, jest zarazem zagubiony i na swój sposób niewinny, jak dziecko nie zdające sobie sprawy z konsekwencji swoich czynów. Jego postawa, mimo że godna potępienia, wpisuje się w kontestacyjne nastroje początku lat 70. XX wieku. Twórcy dbają zresztą, aby jak najlepiej oddać koloryt tamtych czasów: widać to w kostiumach i scenografii, a przede wszystkim słychać w ścieżce dźwiękowej – choćby w elektryzującej hiszpańskojęzycznej wersji "The House of the Rising Sun". Jeśli planujecie zobaczyć "Extremely Wicked, Shockingly Evil and Vile" oraz "One Upon a Time in Hollywood", dopiszcie dzieło argentyńskiego reżysera do listy obowiązkowych filmów 2019 roku.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Ewelina Leszczyńska
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry