Recenzja filmu Córka trenera (2018)
Łukasz Grzegorzek

As serwisowy

Największa wartość "Córki trenera" zawiera się w jej bezpretensjonalnym tonie. Grzegorzek ma talent do portretowania bohaterów, którzy lubią wbijać sobie bolesne szpile, ale małe rodzinne ...
Filmweb sp. z o.o.
Ambicje rodziców mogą być przekleństwem dzieci. W "Córce trenera" Łukasza Grzegorzka prowincjonalne zawody tenisowe wydają się nie tyle przepustką do mitycznego Wimbledonu (który, jak głosi napis na jednej ze ścian kortu, zawsze jest "po drugiej stronie"), ile okazją do podszytego dobrymi intencjami znęcania się trenerów nad młodymi graczami. Tenis to bezdotykowy sport dla dżentelmenów – co z tego, skoro po nieudanym gemie mamy ochotę cisnąć rakietą w kort. Skrajne emocje udzielają się podróżującym po Polsce od zawodów do zawodów Maciejowi (Jacek Braciak) i Wiktorii (Karolina Bruchnicka) Kornetom – ojcu i córce, których relacja zostanie wystawiona w filmie na próbę.

photo.title

Opowieść o rodzicielskiej presji i wychowaniu, które przybiera postać wojskowego treningu, zrealizował Grzegorzek w niezobowiązującym, śmieszno-gorzkim stylu, który już przy okazji debiutanckiego "Kampera" porównywany był do dokonań amerykańskich twórców kina niezależnego. Ów "duch Sundance" unosi się też nad "Córką trenera", lecz ani przez chwilę nie dominuje nad autorską i lokalną perspektywą. Inspirowany biografią reżysera (który pojawia się na ekranie jako podejrzany moralnie trener), film ma więcej luzu, wizualnego polotu i pewności siebie niż nie do końca spełniony "Kamper". Oprócz pożyczonego z równoległej rzeczywistości komediowego epizodu Piotra Żurawskiego, mieszkającego w przyczepie na kempingu hipisa-hipstera, który częstuje Wiktorię i jej kolegę Igora skrętami, "Córka trenera" zręcznie przywołuje klimat widzianej z drogi małomiasteczkowej Polski, z barami i tanimi hotelami doskonale pamiętającymi PRL.

Komediodramat Grzegorzka dzieli temat z niedawnym dokumentem "Over the Limit" Marty Prus o rosyjskiej gimnastyczce przygotowującej się do igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. W obu filmach pytanie o koszty psychiczne, jakie ponoszą wyczynowi sportowcy, przeważa nad zachwytem nad pięknem sportu. W "Córce trenera" zapalony, w pełni oddany dyscyplinie gracz jest jeden – to Maciej, który nawet z pękniętą łękotką towarzyszy córce w biegu na dłuższy dystans. Wiktoria lubi wygrywać, bo uszczęśliwia wtedy swojego tatę – dla niej samej tenis nie ma chyba większego znaczenia. Grzegorzek nie stworzył jednak paszkwilu na toksycznego ojca, który zmusza córeczkę do morderczych poświęceń. Sceny meczów tenisowych kamera Weroniki Bilskiej pokazuje w zwolnionym tempie, przy akompaniamencie wirtuozerskiego "Kaprysu nr 24" Niccolò Paganiniego, podkreślając ziemistą fakturę kortu oświetlanego wakacyjnym słońcem. Wibrujące skrzypce, w połączeniu z dźwiękami uderzeń rakiety i spazmami wysiłku wydobywającymi się z graczy, tworzą poetycki, lekko osobliwy efekt. Nawet jeśli przygotowania do zawodów okupione są bezwzględnymi wyrzeczeniami (na czele z restrykcyjną dietą), to pracują one na rzecz eleganckiego i wybitnie fotogenicznego tenisowego spektaklu.

photo.title

Tytuł filmu wydaje się jednak zwodniczy. Odpowiedniejszy byłby "Trener córki" – pod względem dramaturgicznym opowieść kręci się wokół Macieja, który przechodzi też o wiele większą przemianę; Wiktoria jest często ledwie katalizatorem tych zmian. Choć taka hierarchia ważności najpewniej wpisana była już w sam scenariusz, to temperamenty pary głównych aktorów tylko ją wzmocniły. Jacek Braciak (współproducent filmu) jest empatycznym ekranowym partnerem początkującej Karoliny Bruchnickiej i nie sposób go oskarżyć o aktorski egoizm. A jednak klasa i intensywność jego kreacji – w zestawieniu z mało ekspresyjną, zbyt zobojętniałą Bruchnicką – sprawiają, że kradnie cały film. To bodaj najlepsza rola Braciaka w karierze, wygrana na sprzecznych impulsach i kontraście sportowej krzepy ze skromnym wzrostem aktora. Jest wielką przyjemnością obserwować w ostatnich latach, jak mistrz drugiego planu i niepozorny dotąd artysta spełnia się w coraz bardziej wymagających i złożonych kreacjach.

photo.title

Największa wartość "Córki trenera" zawiera się w jej bezpretensjonalnym tonie. Grzegorzek ma talent do portretowania bohaterów, którzy lubią wbijać sobie bolesne szpile, ale małe rodzinne okrucieństwo tonowane jest tutaj wzajemnym zrozumieniem. Opowieść nie daje się też zamknąć w ciasnej, jednoznacznej formule. Nie jest to ani wizja zmarnowanego dzieciństwa, ani tym bardziej apoteoza para-faszystowskich technik doskonalenia rzemiosła spod znaku "Whiplash" (2014) Damiena Chazelle'a. W "Córce trenera" widzimy raczej, co się dzieje, kiedy pasja nie przechodzi z pokolenia na pokolenie, kiedy córka nie chce przejąć pałeczki od ojca. A niby dlaczego miałaby to robić? Dowcipny, nierzadko brawurowy film Grzegorzka przekonuje nas, żebyśmy zamiast projektować swoje fantazje na innych, zajęli się w końcu realizacją własnych marzeń. Dopiero wtedy mamy pewność, że piłka pozostanie w grze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 97% uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
Sebastian Smoliński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry