Recenzja filmu Świt (2015)
Laila Pakalniņa

Camera obscura

Wejście "Świtu" do kin to powód do świętowania. Jeśli zmęczeni jesteście formułą kina opartego na trzyaktowej narracji i obowiązkowych zwrotach akcji, to łotewski kandydat do Oscarów jest ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Świt (2015)
Wejście "Świtu" do kin to powód do świętowania. Jeśli zmęczeni jesteście formułą kina opartego na trzyaktowej narracji i obowiązkowych zwrotach akcji, to łotewski kandydat do Oscarów jest propozycją w sam raz dla Was. To dzieło wyjątkowe pod każdym względem. Przez co paradoksalnie sprawia wrażenie niepasującego do sal kinowych. Typowa oferta repertuarowa wywołuje bowiem konkretne oczekiwania u widza. Są to jednak oczekiwania, których twórcy filmu nie są w stanie spełnić... w pełni świadomie. Można więc odnieść wrażenie, że obraz o wiele lepiej "czułby się" w galerii.


Dzieło Laily Pakalniny zachowuje pozory filmu fabularnego. Opowiada historię mieszkańców pewnego kołchozu w czasach budowy przez Związek Radzieckich Republik Sowieckich świetlanej przyszłości bez Boga i klasowych podziałów. Widzimy więc, jak dzielni proletariusze walczą z pozostałościami starego systemu i wrogami bolszewizmu. Jednym z bohaterów jest dzieciak, który denuncjuje swojego ojca. Innym jest przewodnicząca kołchozu, której obowiązki nie pozwalają na sen. Scenki rodzajowe składają się na obraz życia w totalitarnym społeczeństwie, w którym władzę ma ten, kto najlepiej potrafi manipulować ciżbą.


 Wystarczy jednak kilka minut seansu, by widz odkrył, że fabuła jest tutaj raczej "efektem ubocznym" przyjętej strategii. To wynik korzystania przez reżyserkę ze skończonej liczby postaci, z ograniczonego miejsca i czasu akcji, co tworzy iluzję narracyjnej ciągłości. W rzeczywistości jednak twórcy skupiają się przede wszystkim na formie. "Świt" jest dziełem badającym granice przestrzeni w ruchomych obrazach, rzucającym wyzwanie przyzwyczajeniom w postrzeganiu perspektywy. To temu podporządkowana jest praca kamery, montaż, scenografia, a nawet gra aktorska.


Film składa się z serii epizodycznych scen, a każda z nich jest małym dziełem sztuki, cudem wymagającym od widza uwagi i zaangażowania, za co odwdzięcza się niezwykłymi doświadczeniami zarówno estetycznymi, jak i intelektualnymi. Twórcy w pomysłowy sposób zwracają uwagę na te elementy filmowej formy, które zazwyczaj są tłem. Kamera co chwilę stawiana jest pod dziwnymi kątami albo kieruje obiektyw na zaskakujące elementy. Przestrzeń jest wykorzystywana w całym swoim zakresie. Reżyserka często umieszcza centralne dla danej sceny postaci na drugim planie albo blisko krawędzi, czym zmusza widza do odbierania obrazów całościowo. Perspektywa jest płynna, kamera staje się pełnoprawnym graczem, który nieustannie wchodzi w interakcje, czy to ze scenografią czy też z aktorami. Ci z kolei grają w sposób niezwykle ekspresyjny, często okazując świadomość tego, że są elementami filmowej formy, łamiąc "czwartą ścianę". Ich dialogi są również formą gry z percepcją. Teksty inspirowane są hasłami propagandowymi, osadzone zostają w takich kontekstach, że nabierają nowych znaczeń.


Wszystko to czyni z filmu dzieło ezoteryczne, podkreślające iluzoryczność sztuki filmowej i odkrywającej piękno nie w treści, lecz formie manipulacji percepcją. Niczym ciemnia optyczna pozwala widzom spojrzeć na kinową rzeczywistość od innej strony. Zapewne znajdzie się niewielu chętnych na doświadczenie tego, co oferuje łotewska reżyserka. Jednak ci, którzy się na to odważą, mogą wyjść odmienieni.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!