Reżyser, co ważne, nie żeruje na tragedii rodziny. W filmie nie ma materiałów z prywatnego archiwum Dymińskich, które przedstawiałyby młodszego i szczęśliwego Krzysztofa. Nie ma też dość
Sprawa Krzysztofa Dymińskiego zalicza się do najbardziej poruszających i wciąż nierozwiązanych zaginięć minionej dekady w Polsce. Rankiem 27 maja 2023 roku szesnastolatek wyszedł z domu, wsiadł w autobus, którym udał się do Warszawy, a gdy system miejskiego monitoringu złapał go po raz ostatni, tkwił w bezruchu na Moście Gdańskim. Co wydarzyło się przez tę krótką chwilę, w trakcie której obrotowa kamera straciła go z pola widzenia? Nie wiadomo. Nie ma dowodów ani na to, że wskoczył do Wisły, ani na to, że zszedł z przeprawy. Nic zatem dziwnego, że ojciec w dalszym ciągu go wypatruje.
Poczynania mężczyzny, o którym mowa, śledzi uważnie Michał Marczak. W pokazywanym premierowo na festiwalu Sundance filmie "Bez końca" (2026) reżyser, scenarzysta i operator kreśli emocjonującą opowieść o Danielu, człowieku, który od osiemnastu miesięcy tkwi w permanentnym zawieszeniu. Z jednej strony tli się w nim nadzieja. Skoro penetrując rzekę wzdłuż i wszerz, nie natrafił na ciało syna, to niewykluczone, że ten po prostu uciekł i nadal żyje. Z drugiej zaś – doświadcza lęku przed najgorszym. Jakie są szanse, że Krzysztof popełnił samobójstwo? Wprawdzie aż trzy razy pada tu zdanie, że to nie w jego stylu, ale ilekroć Daniel zasiada do komputera, by w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek przejrzeć media społecznościowe chłopaka, ma kompletny mętlik w głowie.
Niezależnie od tego, co stało się z Krzysztofem, główny bohater "Bez końca" chce to wiedzieć. Danielowi najzwyczajniej w świecie zależy na zamknięciu rozdziału. Nie bez znaczenia jest w tym przypadku fakt, iż anglojęzyczny tytuł dzieła, czyli "Closure", odnosi się właśnie do poczucia domknięcia i wrażenia, że oto coś, co nie dawało spokoju i zżerało od środka, przeminęło, w związku z czym można wreszcie iść naprzód. Kiedy na samym początku filmu Daniel zauważa unoszące się na Wiśle zwłoki, które nie należą do Krzysztofa, to jego myśli – w ogromnym przypływie empatii – niemal natychmiast kierują się ku bliskim anonimowej ofiary i konieczności jak najszybszego przekazania im informacji o tragedii.
Niepewność co do losów syna dręczy Daniela tak bardzo, że ten postanawia nie zważać na policję, której działania pozostawiają skądinąd sporo do życzenia. Z pomocą rodziny, przyjaciół i – jak ich określa – "ludzi dobrego serca", przeczesuje Wisłę w celu znalezienia odpowiedzi i osobistego oczyszczenia. Pragnie zawrócić ją kijem. Zaopatrując się w profesjonalny sprzęt, którym kawałek po kawałku bada ciek uchodzący do Bałtyku, koordynuje gigantycznym przedsięwzięciem logistycznym. Gdy zawodzą współczesne narzędzia – drony, termowizory czy wideorejestratory – sięga po tradycyjne metody. Cóż szkodzi spróbować – jak dawniej – użyć bochenków chleba i zobaczyć, dokąd te dobiją? A nuż wskażą nowy trop. Pieniądze, zdawać by się mogło, nie grają roli (znamienne jest to, że Daniel łączy poszukiwania z pracą, a rozmowy biznesowe prowadzi, przemierzając brzeg rzeki z wykrywaczem metalu w ręku).
Co natomiast z kosztami ponoszonymi na głębszym poziomie?
Im dłużej mężczyzna przebywa w wodzie, z tym większym uporem realizuje zadanie. Gdy żona Agnieszka – która skądinąd stara się wierzyć, że Krzysztof da im jeszcze jakiś znak życia – stawia mu pytanie, do kiedy planuje ciągnąć misję, on najpierw stwierdza, że nie ma zielonego pojęcia, potem przebąkuje coś o przełomie jesieni i zimy, a wreszcie oświadcza, iż wszystko zależy od tego, co przyniesie kolejna fala. I tak w kółko, bez końca.
Marczak przypatruje się ogarniającej Daniela obsesji z życzliwością. Nie ocenia go, lecz oferuje mu platformę, pozwalając, by ten się wygadał, zwłaszcza że relacja, jaką bohater nawiązuje z Wisłą – a przy okazji z samym sobą – nabiera wręcz mistycznego charakteru. Daniel, mierząc się z bólem i medytując nad jego istotą, zaczyna dostrzegać światełko w tunelu i ukojenie, które pojawiają się tam, gdzie wcale go nie szukał – w domu.
Reżyser, co ważne, nie żeruje na tragedii rodziny. W filmie nie ma materiałów z prywatnego archiwum Dymińskich, które przedstawiałyby młodszego i szczęśliwego Krzysztofa. Nie ma też dość typowych dla konwencji gadających głów. Widz poznaje zaginionego nastolatka przez pryzmat opowieści snutych przez inne osoby, w szczególności przez te najbliższe, i to musi mu wystarczyć. Marczak woli konstruować tę historię w inny sposób, zderzając ze sobą zdesperowanego człowieka z będącą jego największym wrogiem rzeką. Osiąga to poprzez zestawienie ze sobą ujęć z wnętrza łódki, w których szerokokątny obiektyw kurczowo trzyma się postaci w kadrze, z chwytanymi z lotu ptaka planami dalekimi, uświadamiającymi odbiorcy skalę akcji kierowanej przez Daniela oraz zabójcze oblicze otaczającej go przyrody.
Całość, choć jest dokumentem, ogląda się nie tylko jak naturalistyczny film fikcji o znamionach thrillera (przykładem niech będzie mocna i mogąca wprowadzić w błąd sekwencja otwierająca), ale i rasowy kryminał z Danielem jawiącym się jako zdesperowany detektyw, który nie zamierza dawać za wygraną. Marczak doskonale rozumie język kina, więc w sytuacji, gdy w pewnym momencie "Bez końca" narracyjnie trochę grzęźnie, autor wprowadza dodatkowy wątek, który na powrót wciąga i wprost wspaniale koresponduje z przewodnim tematem utworu, czyli sygnalizowaną uprzednio świadomością domknięcia. Jest czas na walkę. Jest też czas na godzenie się z prawdą.
Rocznik '90. Absolwent filmoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Interesuje się przede wszystkim okresem klasycznym w historii kinematografii oraz tak zwanym amerykańskim kinem niezależnym. Autor... przejdź do profilu