Gdy po kontynuacji można było spodziewać się tych samych flaków, na dodatek odgrzewanych, niespodziewanie twórcy zmienili menu. Tym razem bohaterowie raczej popijają cappuccino, dobrze wysmażoną
W pierwszej części stary Gugulak mówi, że mu się życie z flakami pomyliło. I najwyraźniej tak samo było z twórcami tej komedii dla seniorów, których dzieło oferowało zgrane dowcipy niepierwszej świeżości, stetryczałą nudę przewidywalnej fabuły i cieplutki odorek komercyjnej sztampy. I gdy po kontynuacji można było spodziewać się tych samych flaków, na dodatek odgrzewanych, niespodziewanie twórcy zmienili menu. Tym razem bohaterowie raczej popijają cappuccino, dobrze wysmażoną jajecznice na boczku i hummus. I – co kluczowe – nikt już nie sili się na żadne gastronomiczne porównania wątpliwej jakości.
"Dalej jazda 2" to rzadki przykład tego, że twórcy potrafią wyciągać wnioski i naprawić błędy. Podczas gdy pierwsza część wyglądała jak skok na portfele seniorów metodą "na bilet kinowy", druga faktycznie potrafi rozśmieszyć, wzruszyć i przynieść pocieszenie, że aż rzeczywiście chce się zakrzyknąć: "dalej, jazda!". I nawet młodzieniaszek na sali kinowej może poczuć ciężar lat swojego życia i zamruczeć pod nosem: "ech, kiedyś to było!". Innymi słowy – całkiem niespodzianie tym razem film potrafi dać to, co zdaje się obiecywać: familijną rozrywkę dla startujących w życie, tych w kryzysie wieku średniego i zabierających się za podsumowania. I każdy będzie zadowolony – jeśli tylko szuka w kinie odrobinę lekkości, czułości i słońca. W sam raz na mroźne, zimowe wieczory.
Poprzednio wszystkie napędzające (a raczej skutecznie hamujące) akcję konflikty brały się w zasadzie znikąd – zwyczajnie nie przekonywały, bo można było je rozwiązać w pięć minut. Ale tym razem punkt wyjścia jest znacznie ciekawszy, a nawet autentycznie kreatywny. Okazuje się bowiem, że cierpiąca na zaawansowaną chorobę Alzheimera Elżunia zamarzyła, by stanąć jeszcze na ślubnym kobiercu. Co prawda z Józkiem ślub mają, ale tylko cywilny, bo kobieta była już wtedy w zaawansowanej ciąży i nie w głowie im było fatygować się do kościoła. Problem w tym, że jej wybranek stoi jedną nogą w trumnie – choruje na nowotwór i planuje raczej stypę niż wesele. Ale miłość – jak to mówią – bywa silniejsza niż śmierć, więc kostucha musi swą kosę na chwilę odłożyć.
Ale gdzie tu konflikt, gdy wszyscy chcą tego samego? No właśnie nigdzie – i bardzo dobrze, zważywszy, jak szło jego tworzenie w poprzedniej części. Najwyraźniej twórcy zrozumieli, że ich największą siłą wcale nie jest budowanie skomplikowanej dramaturgii, ale raczej celebrowanie chwil i sympatycznych bohaterów z ich codziennymi rozterkami – prawie jak z telewizyjnego tasiemca. Film operuje raczej scenami niż większymi sekwencjami. W pamięć zapada bardzo zabawny fragment, kiedy syn Józka i Elżbiety – Andrzej – zastaje rano w domu zamiast żony grupę robotników wynajętych do remontu. Albo gdy jadący do ukochanej elektrycznym wózeczkiem (w tym wątku wyczuwam hołd złożony samemu Davidowi Lynchowi i jego "Prostej historii"!) Antonii ładuje swój wehikuł z dwoma sympatycznymi pijaczkami pod wiejskim spożywczakiem. Bo same historie, których są częścią – traktujące o braku czasu dla siebie w długoletnim związku czy zauroczeniu głosem atrakcyjnej radiowej spikerki – albo bywają zanadto wydumane, albo przeciwnie, nieco zbyt banalne, by mogły nas uwieść.
Dlatego "Dalej jazda 2" najlepiej sprawdza się jako bezpretensjonalna i ciepła komedyjka. Humoru jest w tej części znacznie więcej niż w pierwszej, na dodatek jest on bardziej różnorodny. Wtedy brał się głównie z faktu, że staruszkom jeszcze coś się w życiu chce, a ich nadopiekuńczy syn im tego zakazuje. Albo z niby śmiesznych powiedzonek – jak to o życiu i flakach. A tym razem postawiono na lekkie dialogi i charakterystycznych aktorów, którzy pojawiają się w epizodach idealnie skrojonych pod swoje emploi. I tak, Sebastian Stankiewicz gra sympatycznego budowlańca, który raczy się hummusem – zamiast żony Andrzeja. Cezary Pazura nie chce dać Józkowi rozgrzeszenia i wciąż wytyka mu dawne grzeszki. A największe zaskoczenie przynosi obecność samego Bohdana Łazuki, który gra… radiowy dżingiel i wywiązuje się z zadania znakomicie!
To prawda, że snute historyjki są naiwne i banalne – szczególnie te poboczne bazują na wielokrotnie sprawdzonych schematach. To prawda, że to kino bezpieczne i przesłodzone. Tylko co z tego, skoro przy tym wszystkim faktycznie bawi, wzrusza i rozpala w sercach ciepełko – a nie jest to proste, gdy korzysta się z tak starych rozwiązań. Jak widać, może stare one i są, ale najwyraźniej całkiem jeszcze jare.