Recenzja filmu

Dalej jazda 2 (2026)
Mariusz Kuczewski

Stare, ale jare

Gdy po kontynuacji można było spodziewać się tych samych flaków, na dodatek odgrzewanych, niespodziewanie twórcy zmienili menu. Tym razem bohaterowie raczej popijają cappuccino, dobrze wysmażoną
Stare, ale jare
W pierwszej części stary Gugulak mówi, że mu się życie z flakami pomyliło. I najwyraźniej tak samo było z twórcami tej komedii dla seniorów, których dzieło oferowało zgrane dowcipy niepierwszej świeżości, stetryczałą nudę przewidywalnej fabuły i cieplutki odorek komercyjnej sztampy. I gdy po kontynuacji można było spodziewać się tych samych flaków, na dodatek odgrzewanych, niespodziewanie twórcy zmienili menu. Tym razem bohaterowie raczej popijają cappuccino, dobrze wysmażoną jajecznice na boczku i hummus. I – co kluczowe – nikt już nie sili się na żadne gastronomiczne porównania wątpliwej jakości. 


"Dalej jazda 2" to rzadki przykład tego, że twórcy potrafią wyciągać wnioski i naprawić błędy. Podczas gdy pierwsza część wyglądała jak skok na portfele seniorów metodą "na bilet kinowy", druga faktycznie potrafi rozśmieszyć, wzruszyć i przynieść pocieszenie, że aż rzeczywiście chce się zakrzyknąć: "dalej, jazda!". I nawet młodzieniaszek na sali kinowej może poczuć ciężar lat swojego życia i zamruczeć pod nosem: "ech, kiedyś to było!". Innymi słowy – całkiem niespodzianie tym razem film potrafi dać to, co zdaje się obiecywać: familijną rozrywkę dla startujących w życie, tych w kryzysie wieku średniego i zabierających się za podsumowania. I każdy będzie zadowolony – jeśli tylko szuka w kinie odrobinę lekkości, czułości i słońca. W sam raz na mroźne, zimowe wieczory. 

Poprzednio wszystkie napędzające (a raczej skutecznie hamujące) akcję konflikty brały się w zasadzie znikąd – zwyczajnie nie przekonywały, bo można było je rozwiązać w pięć minut. Ale tym razem punkt wyjścia jest znacznie ciekawszy, a nawet autentycznie kreatywny. Okazuje się bowiem, że cierpiąca na zaawansowaną chorobę Alzheimera Elżunia zamarzyła, by stanąć jeszcze na ślubnym kobiercu. Co prawda z Józkiem ślub mają, ale tylko cywilny, bo kobieta była już wtedy w zaawansowanej ciąży i nie w głowie im było fatygować się do kościoła. Problem w tym, że jej wybranek stoi jedną nogą w trumnie – choruje na nowotwór i planuje raczej stypę niż wesele. Ale miłość – jak to mówią – bywa silniejsza niż śmierć, więc kostucha musi swą kosę na chwilę odłożyć. 


Ale gdzie tu konflikt, gdy wszyscy chcą tego samego? No właśnie nigdzie – i bardzo dobrze, zważywszy, jak szło jego tworzenie w poprzedniej części. Najwyraźniej twórcy zrozumieli, że ich największą siłą wcale nie jest budowanie skomplikowanej dramaturgii, ale raczej celebrowanie chwil i sympatycznych bohaterów z ich codziennymi rozterkami – prawie jak z telewizyjnego tasiemca. Film operuje raczej scenami niż większymi sekwencjami. W pamięć zapada bardzo zabawny fragment, kiedy syn Józka i Elżbiety – Andrzej – zastaje rano w domu zamiast żony grupę robotników wynajętych do remontu. Albo gdy jadący do ukochanej elektrycznym wózeczkiem (w tym wątku wyczuwam hołd złożony samemu Davidowi Lynchowi i jego "Prostej historii"!) Antonii ładuje swój wehikuł z dwoma sympatycznymi pijaczkami pod wiejskim spożywczakiem. Bo same historie, których są częścią – traktujące o braku czasu dla siebie w długoletnim związku czy zauroczeniu głosem atrakcyjnej radiowej spikerki – albo bywają zanadto wydumane, albo przeciwnie, nieco zbyt banalne, by mogły nas uwieść. 


Dlatego "Dalej jazda 2" najlepiej sprawdza się jako bezpretensjonalna i ciepła komedyjka. Humoru jest w tej części znacznie więcej niż w pierwszej, na dodatek jest on bardziej różnorodny. Wtedy brał się głównie z faktu, że staruszkom jeszcze coś się w życiu chce, a ich nadopiekuńczy syn im tego zakazuje. Albo z niby śmiesznych powiedzonek – jak to o życiu i flakach. A tym razem postawiono na lekkie dialogi i charakterystycznych aktorów, którzy pojawiają się w epizodach idealnie skrojonych pod swoje emploi. I tak, Sebastian Stankiewicz gra sympatycznego budowlańca, który raczy się hummusem – zamiast żony Andrzeja. Cezary Pazura nie chce dać Józkowi rozgrzeszenia i wciąż wytyka mu dawne grzeszki. A największe zaskoczenie przynosi obecność samego Bohdana Łazuki, który gra… radiowy dżingiel i wywiązuje się z zadania znakomicie! 

To prawda, że snute historyjki są naiwne i banalne – szczególnie te poboczne bazują na wielokrotnie sprawdzonych schematach. To prawda, że to kino bezpieczne i przesłodzone. Tylko co z tego, skoro przy tym wszystkim faktycznie bawi, wzrusza i rozpala w sercach ciepełko – a nie jest to proste, gdy korzysta się z tak starych rozwiązań. Jak widać, może stare one i są, ale najwyraźniej całkiem jeszcze jare. 
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?