Recenzja filmu Upiorne opowieści po zmroku (2019)
André Øvredal

Dobranocki z krypty

Schwartz i Gammell wykonali swoje zadanie, ucząc dzieciaki, że poważne konsekwencje są następstwem jeszcze poważniejszych błędów. Z racji, że nas uczy tego upiorna codzienność, chyba potrzebujemy ...
Filmweb sp. z o.o.
Dziennikarz Alvin Schwarz oraz ilustrator Stephen Gammell nie brali jeńców. Aby sprawić, by krnąbrne dzieciaki z Iowa spały przy zapalonym świetle, w kultowych "Upiornych opowieściach o zmroku" powołali do życia zastępy duchów, strachów na wróble, wilkołaków, a nawet kanibali i religijnych fanatyków. I podobnie jak seria bestsellerowych książek, jej filmowa adaptacja to destylat horroru dla najmłodszych – na dobre i na złe.

photo.title

Tytułowe opowieści spisano krwią na stronach pamiętnika niejakiej Sary Bellows. Nieszczęśliwa za życia i mściwa po śmierci zjawa ma chrapkę na nowe pokolenie czytelników, a jej wspomnienia trafiają w ręce małoletniej fanki literatury grozy, Stelli (Zoe Margaret Colletti). Kiedy dziewczynka odkrywa, że, istotnie, pióro bywa ostrzejsze od miecza, staje do nierównej walki o życie swoich bliskich. Opasłe tomisko traktuje jak system wczesnego ostrzegania – materializujące się na pożółkłych stronach frazy to zarazem scenariusz niedalekiej przyszłości. "Książki ranią i leczą" – powtarza jak mantrę bohaterka. Cóż, częściej jednak ranią.

Podoba mi się bezceremonialność, z jaką scenarzyści traktują swoich bohaterów. Zsyłają na nich wrzody pełne pająków, oślizgłe żywe trupy z powykręcanymi stawami oraz maszkary zainteresowane przede wszystkim zadawaniem bólu. Ożywione ilustracje Gammella – jak baba wodna z welonem przetłuszczonych włosów i napuchniętą gębą – mogą się przyśnić, a monstra z komputera są na tyle dobrze wyrenderowane, byśmy na pięć minut zawiesili niewiarę. Zagrożenie jest realne, stawka wysoka, czas ucieka. Szkoda zatem, że zarówno intrygujący koncept na "literacką" dramaturgię filmu, jak i narracja o sztuce spłodzonej przez zwichrowany umysł, zostały zamknięte w tak przeciętnej formie. 

photo.title   photo.title   photo.title

Andre Ovredal ("Autopsja Jane Doe") jest dobrym rzemieślnikiem. Potrafi zainscenizować jedną czy drugą scenę. Wie, jak zbudować napięcie i wyciągnąć emocjonalną prawdę z młodych aktorów. Problem w tym, że jego wysiłki wyglądają jak część planu minimum. W kategorii rezolutnych detektywów z przymusu, Stella oraz jej przyjaciele przegrywają z ekipą "Stranger Things" czy "Tego" o kilka długości – i jest to wina leniwych scenarzystów, opatrujących dzieciaki pojedynczą cechą charakteru (jak widać, Guillermo del Toro wiosny nie czyni). Jeśli zaś idzie o wizualną tożsamość filmu, brakuje tutaj choćby jednej sceny, która wybiłaby się ponad średnią krajową kina grozy, a koncepcja estetyczna polega na skakaniu pomiędzy kilkoma ogranymi lokacjami: od oświetlonego krwistymi jarzeniówkami szpitala, po oplecione pajęczynami, wiktoriańskie zamczysko. Scenariusz wygląda na pospiesznie fastrygowany, nie ma w nim miejsca ani na szkic jakiejkolwiek relacji pomiędzy bohaterami, ani na ironię czy humor sytuacyjny. Jak na zbiór historyjek, których kilkanaście lat temu moglibyśmy wysłuchać przy ognisku, za mało tu werwy, narracyjnej energii oraz ekscytacji materiałem źródłowym.

Schwartz i Gammell wykonali swoje zadanie, ucząc dzieciaki, że poważne konsekwencje są następstwem jeszcze poważniejszych błędów. Z racji, że nas uczy tego upiorna codzienność, chyba potrzebujemy nieco silniejszych bodźców. Powiem to wprost: wynudziłem się na filmie Ovredala przeokrutnie, przez większość seansu balansując na granicy mikrodrzemki. I choć nie mam zamiaru krytykować twórców za błędy pionu marketingowego – w przeciwieństwie do samego filmu, promocja skierowana jest do starszych widzów – to bez szóstoklasisty w roli skrzydłowego może być ciężko.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (32 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię