Serial wciąga również jako klasyczny kryminał – zaprojektowany trochę na podobieństwo kryminałów noir czy opowieści o Kubie Rozpruwaczu. Mnie "Piekło kobiet" skojarzyło się ze znakomitym
Pierwszy odcinek "Piekła kobiet" trafia na platformę HBO Max na chwilę przed Dniem Kobiet – zdaje się więc swego rodzaju prezentem: historią opowiedzianą dla nas i w naszym interesie. Jest też okazją do upamiętnienia walki o równouprawnienie, a zarazem zachętą do, bądź co bądź, brutalnej (bo tworzonej poprzez naturalistyczne obrazy) konfrontacji z faktem, że społeczne zmiany zachodzą mozolnie. Polska mentalność – twarda materia – bardziej niż rzeźbiarską, miękką glinę, przypomina głaz na zboczu rzeki, szlifowany długimi latami przez naturalne procesy czy też procesy historyczne. Nic więc dziwnego, że w kwestiach społecznych wciąż pozostaje wiele do zrobienia.
Na plakacie reklamującym "Piekło kobiet" widnieje grająca główną rolę Agata Turkot. Jej poza, blask, uśmiech i bankietowa kreacja sugerowałyby szampański nastrój tak bohaterki, jak i całej produkcji – gdyby nie drobny szczegół, czarna smuga rozmazanego tuszu. To prosty, ale obrazowy zabieg. Podwójne standardy, społeczna hipokryzja, gra pozorów, podział na dwa światy: ten oficjalny, błyszczący i wolny oraz ten brudny i biedny, podziemny, a także mroczne kuluary niby ułożonego, rodzinnego życia – tak w ogólnym zarysie przedstawiają się zagadnienia podjęte przez twórczynie serialu.
Poszerzając powyższy zestaw o bardziej szczegółowe hasła, otrzymamy już coś w rodzaju wyciągu ze współczesnej debaty publicznej o prawach kobiet: prawo do aborcji, prawo do decydowania o własnym ciele, standardy opieki medycznej, przemoc wobec kobiet, równość ekonomiczna i rynek pracy, rola kobiet w tradycyjnej rodzinie. W tym sęk, że serial nie opowiada o współczesności, ale o dwudziestoleciu międzywojennym; starannie buduje historyczne realia, obficie korzysta ze źródeł. A mimo to analogia między kiedyś a dziś jest tu bardzo wyraźna, sama się zresztą narzuca.
Tytułowe "Piekło kobiet" nawiązuje do zbioru felietonów Tadeusza Boya-Żeleńskiego, nie tylko literata, ale też działacza społecznego, dla którego kwestie emancypacyjne były sprawą niezwykle ważką i nie cierpiącą zwłoki. Boy-Żeleński upominał się o zniesienie paragrafów o karalności aborcji i dowodził tragicznych skutków podtrzymywania okrutnego prawa: rozwoju podziemia aborcyjnego, licznych zgonów kobiet poddających się nielegalnemu zabiegowi, koszmarnej sytuacji ubogich i młodych matek. Postać pisarza pojawia się na ekranie – nie jednak jako bohater (i słusznie), ale jako kontekst. Bohaterkami są tu przede wszystkim kobiety.
Agata Turkot znakomicie odgrywa Helenę, nowoczesną redaktorkę pisma matrymonialnego, które prowadzi z mężem (Mateusz Damięcki). Jej bajeczne kostiumy, figlarny błysk w oku, pewny krok, świadomość własnego ciała składają się na szalenie ciekawą, atrakcyjną postać. Postać przechodzącą też pewną trajektorię – żyjąca w bańce przywileju Helena nie widzi jeszcze, że jej wolność ma granice. Te natomiast określa jej mąż – na pierwszy rzut oka nieszkodliwy człowiek, ale im dalej w las, tym wyraźniej widać, że jego stan umysłu został silnie ukształtowany przez patriarchat. Mężczyzna ma problemy z empatią i własnym ego, brakuje mu wyobraźni. Poza tym lubi być panem sytuacji, Panem Domu.
Wygodne życie bohaterki komplikuje się także, gdy jedna z klientek jej redakcji – tancerka rewiowa – umiera po nielegalnym zabiegu przerwania ciąży. Do zdarzenia doprowadził gwałt – gwałcicielem jest zaś tajemniczy mężczyzna poznany przez ofiarę dzięki anonsowi matrymonialnemu w rzeczonym piśmie. Prywatne śledztwo w sprawie śmierci kobiety prowadzi do kogoś o pseudonimie "Uczciwy Jan" i splata losy Heleny – doznającej czegoś w rodzaju deziluzji, przykrego objawienia – z Emilem, młodym, szlachetnym lekarzem i bratem zmarłej, niesłusznie podejrzanym o przeprowadzenie zabiegu na siostrze.
Wątków w serialu jest więcej, więcej kobiet, cierpienia, więcej też kręgów piekielnych i form nękania. Zwłaszcza pierwsze odcinki prezentują zaskakująco śmiałe sceny – choćby obraz babki porodowej w brudnym fartuchu, która przy akompaniamencie piosenki Niny Simone i pomocy powyginanego wieszaka zabiera się "do dzieła". Oprócz przemocy, jest tu też całkiem sporo ciała – naturalnego, niecenzurowanego, żywego. Sam fakt, że główną bohaterkę oglądamy nierzadko bez makijażu, z bliska i w nieładzie, przybliżając się w ten sposób do jej gorączkowych emocji – wydaje się całkiem świeżym zabiegiem. Widać, że nie tylko zadbano tu o kostiumy (jak i o charakteryzację, scenografię czy oprawę muzyczną), ale wyborom artystycznym towarzyszyła też głębsza idea, chęć sięgnięcia dalej, poza fasadę spektaklu i pierwsze z brzegu skojarzenia. Twórczynią "Piekła kobiet" jest wszak Anna Maliszewska, odpowiedzialna m.in. za docenioną (również za styl), netfliksową "Infamię".
Przyznam, że podchodziłam do tej produkcji z pewną rezerwą. Jestem już zmęczona feministycznymi narracjami, które koncentrują się głównie na przemocy. Z okazji Dnia Kobiet wolałabym celebrować kobiecość zamiast znaleźć się w piekle: wejść radośnie w historie o babskich wspólnotach, przyjaźniach, przyjemnościach czy spełnieniach. Wbrew pozorom i o tym można mówić w sposób zniuansowany – wydobyć na wierzch to, co odważne lub wstydliwe, a wciąż schowane, przynajmniej w polskim kinie. Niestety polskie kino nie zdobyło jeszcze takiej specjalizacji.
A jednak te cztery odcinki z sześciu, które widziałam, wciągnęły mnie, a nawet zaskoczyły. Zarówno swoją dosadnością (czy też rodzajem dosadności), jak i gatunkową formą. Ta pierwsza skojarzyła mi się z odległą już, feministyczną tradycją polskich seriali, w której o losach kobiet opowiadano, nie unikając brutalnego szczegółu. Myślę choćby o "Rzece kłamstwa" (1987) Jana Łomnickiego czy "Bożej podszewce" (1997) Izabelli Cywińskiej. Oczywiście "Piekło kobiet" różni się od nich formą i techniką snucia opowieści – tamte seriale były epickimi, pojemnymi sagami, nie bały się dłużyzn, chwil ciszy czy melancholii, pobocznych scen, które poszerzały pole widzenia. We współczesnej produkcji – realizowanej podług współczesnych standardów – nie ma już miejsca na przestoje, na oddech, na euforię międzywojennej Warszawy czy spacer po zakamarkach miasta. Dlatego stężenie nieszczęścia, które spotyka tu bohaterki, niemal sięga granicy strawności. Mimo to czuć w tym kobiecą rękę, wrażliwość, inną perspektywę – zwłaszcza w zarysie damsko-damskich relacji.
Serial wciąga również jako klasyczny kryminał – zaprojektowany trochę na podobieństwo kryminałów noir czy opowieści o Kubie Rozpruwaczu. Mnie "Piekło kobiet" skojarzyło się ze znakomitym hiszpańskim komiksem Teresy Valeo "Contrapaso. Dzieci innych" – dziełem biegle splatającym realia historyczne z fantazją, fikcyjne morderstwa i wciągające śledztwo z okrucieństwem realnej polityki. I z feminizmem. Gatunkowy płaszcz to przecież świetny kamuflaż – pozwala przywołać niewygodne lub zapomniane fragmenty historii, nie rezygnując z waloru rozrywkowego. Twórczynie "Piekła kobiet" zdają się to dobrze rozumieć (choć bezceremonialny tytuł nieco temu przeczy).