Recenzja gry Atelier Lulua: The Scion of Arland (2019)

Jaka matka, taka córka

Nowo wydane "Atelier Lulua: The Scion of Arland" jest przede wszystkim powrotem do trylogii Arland, w której odświeżoną wersję mogliśmy zagrać w grudniu ubiegłego roku. Pokierujemy losami ...
Filmweb sp. z o.o.
Zakładam, że w Polsce poza mną w "Ateliery" gra góra dziesięć osób. Ta niszowa i niedoceniana seria funkcjonuje na rynku trochę jak kolejne odsłony "Neptunii". Ktoś coś słyszał, obejrzał dziwny trailer, ale jednak nie do końca jest przekonany do wartości tych tytułów. A szkoda, bo Japończycy wypracowali sobie pewien schemat projektowania gier, który powoduje, że przygody młodych adeptek alchemii znajdują sympatię szerokiego grona odbiorców. Prawdą jest, że zmiany zachodzące w projektach nie są drastyczne. Podobnie było kiedyś z „Asasynami”, z tym że w przypadku perypetii nierozgarniętych dziewuszek mało kto narzeka na to, że kolejne gry przypominają ciasteczka wyciskane raz po raz z tej samej foremki. Co prawda z mroków historii mgliście przypominają o sobie gry z podserii Iris oraz Mana Khemia, jednak to wysyp tytułów z Playstation 3 spowodował, że marka miała wreszcie okazję urosnąć w siłę. 

photo.title

Nowo wydane "Atelier Lulua: The Scion of Arland" jest przede wszystkim powrotem do trylogii Arland, w której odświeżoną wersję mogliśmy zagrać w grudniu ubiegłego roku. Pokierujemy losami Elmurulii Frixell (pieszczotliwie nazywanej Luluą), która będąc córką znanej i cenionej alchemiczki Rorony, próbuje sprostać nowym wyzwaniom po odziedziczeniu laboratorium należącego do matki. To, co początkowo wydawać się będzie łatwym i niezbyt skomplikowanym zadaniem, szybko przyniesie dziewczynie szereg rozterek i wątpliwości. Motywem przewodnim gry jest bowiem "dziedzictwo". Mowa tu nie tylko o tak prostych rzeczach, jak dziedziczenie własności po matce, ale i o odpowiedzialności za świat pozostawiony młodym przez starsze pokolenia. W opowiadanej historii często będziemy mieć do czynienia z trójką legendarnych alchemiczek. Rorona, Totori i Meruru postarają się uświadomić dziewczynie, że nikt za nią nie wybierze ścieżki, którą powinna podążać, jej przeznaczenie nie jest z góry ustalone, a ona sama ma szansę samodzielnie kształtować własne życie. Kwestia dziedzictwa nie odnosi się tylko do naszej protagonistki. Towarzyszące jej postacie będą musiały zmierzyć się z własnymi demonami przeszłości. Gra w poważny sposób podnosi kwestię samotności, adopcji, a nawet odpowiedzialności za kraj. Nawet jeśli projekty postaci pobocznych wydają się w tej części wyjątkowo leniwe i odtwórcze, tak historie przez nie opowiadane angażują emocjonalnie i zachęcają do dalszego oczekiwania na pojawienie się kolejnych elementów układanki.

photo.title

Lulua wchodzi w posiadanie magicznej księgi, której zawartość jest widoczna tylko dla jej oczu. Żeby nie było zbyt łatwo i przyjemnie, wersety tomiszcza zapisane są przy pomocy zagadek, których rozwiązanie będzie naszym głównym zadaniem. Większość rozdziałów rozszyfrowana zostanie naturalnie w trakcie eksploracji, gdy zabijemy określone stworzenie, zbierzemy konkretny składnik alchemiczny albo transmutujemy dany przedmiot. Nie wszystko zostanie podane bohaterce na tacy i przy części zadań faktycznie trzeba będzie trochę pogłówkować, żeby zrozumieć, co poeta miał na myśli. Warto również zgłębiać dodatkowe, nieobowiązkowe treści, gdyż bonusy z nich pochodzące znacząco ułatwią graczowi walkę z mocarnymi przeciwnikami oraz wspomogą w zacieśnianiu więzi między członkami drużyny.

photo.title

Wraz z kolejnymi odsłonami trylogii "Mysterious" Gust stopniowo przyzwyczajał graczy do znoszenia ograniczeń czasowych na wykonywanie poszczególnych zadań. "Atelier Lulua" ostatecznie zrywa ze sztywnymi ramami czasowymi i pozwala graczowi na pełną swobodę w eksploracji przestrzeni. Z jednej strony można postawić zarzut, że psuje to rytm gry, likwidując poczucie zagrożenia oraz wymóg planowania każdego kroku. Natomiast mi osobiście zawsze było nie po drodze z barierami, które napotykałam w serii "Atelier". Żmudne wyliczenia dni potrzebnych na przebycie określonej trasy, niedostatek wartościowych składników oraz poczucie bycia w niedoczasie frustrowało i powodowało, że wiele wątków pozostawało niedomkniętych, a ja nie czułam pełnej satysfakcji z gry. Teraz uległo to diametralnej zmianie i mogłam poddać się beztroskim przeszukiwaniom każdego dostępnego kąta. 

photo.title

Niestety, projekty poszczególnych lokacji rozczarowują. Nie zachwycają rozmachem i sprawiają wrażenie projektowanych na kolanie. Podobnie wygląda sprawa z przeciwnikami, którzy często są po prostu różnymi wariantami kolorystycznymi podstawowych adwersarzy. I nawet jeśli ma się świadomość, że te elementy nigdy nie były mocną stroną gier z tej serii, to po tylu latach można odczuć pewien niedosyt i mieć wrażenie bycia nabijanym w butelkę. Tym istotniejszy staje się fakt, że wszelkie mankamenty graficzne równoważone są przez angażujące historie i dopieszczony w każdym calu system alchemii.

"Atelier Lulua" stanowi doskonały pomost między poprzednimi grami marki, a niedawno zapowiedzianą nową jakością, którą już jesienią będą mogli się cieszyć Japończycy w postaci "Atelier Raiza: The Queen of Eternal Darkness and the Secret Hideout". Przygody Elmurulii likwidują wszystkie mankamenty, na które mogli narzekać fani, wyciskając jednocześnie z dotychczasowego silnika wszystkie soki. W rezultacie otrzymujemy nie tylko najładniejszą, ale i najpełniejszą pod względem historii odsłonę tej leciwej już serii.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Anna Rogala
ocenia tę grę na:
1 10 8/10 bardzo dobra
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię