Recenzja filmu Kot w butach (2011)
Chris Miller
Bartosz Wierzbięta

Latynoski kochanek futrem podszyty

"Kot w butach" ma bardzo znajomą formę, ale pozostaje świeżym i zaskakującym obrazem stanowiącym pełnoprawne uzupełnienie serii o Shreku.
Filmweb sp. z o.o.
Jest grupa osób, która na samą myśl o sequelach, prequelach i spin-offach dostaje białej gorączki. Czasem mają rację narzekając, ale czasem idą w swoim obrzydzeniu zbyt daleko. Prawda jest bowiem taka, że większość z nas przyzwyczaja się do ulubionych bohaterów i kiedy kończy się film, z żalem opuszcza salę kinową wiedząc, że nigdy więcej może już tych postaci nie ujrzeć. Kinowe serie pełnią więc bardzo ważną funkcję pozwalając nam raz jeszcze powrócić do świata, który zdążyliśmy polubić i poznać kolejne przygody naszych ulubieńców. Właśnie takim filmem jest "Kot w butach". DreamWorks Animation nie zostawiło fanów kumpla Shreka na lodzie i pozwoliło nam jeszcze raz zapatrzyć się w jego duże, słodkie ślepia.

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że "Kot w butach" to tylko powtórka z rozrywki. Choć twórcy powracają do baśniowego świata wykreowanego na potrzeby "Shreka", najnowsza animacja DreamWorks funkcjonuje jako zupełnie autonomiczne dzieło, mające swój własny charakter i klimat. Cała konstrukcja opiera się na fakcie, że głównym bohaterem jest Kot w butach. Ponieważ była to postać inspirowana historią Zorra, ma on bardzo latynoski charakter. I taki też jest jego film, przepełniony hiszpańskimi rytmami i bohaterami, którym blisko jest do meksykański postaci z klasycznych westernów. Tę bazę wzbogacono następnie o elementy kina awanturniczego i przygodówek fantasy. W rezultacie "Kot w butach" ma bardzo znajomą formę, ale pozostaje świeżym i zaskakującym obrazem stanowiącym pełnoprawne uzupełnienie serii o Shreku.

Sam Kot w butach sprawdził się jako gwiazda filmu. Twórcy nie zapomnieli o tym, dlaczego widzowie pokochali go, kiedy po raz pierwszy zobaczyli go w drugim "Shreku". Znacząco jednak rozbudowali jego osobowość i biografię, nadając mu jeszcze większego kolorytu. Jak zwykle warto też zwrócić na drugi i trzeci plan. Niektóre z przygotowanych postaci są naprawdę zabawne. Mnie osobiście najbardziej rozbawił kot, który robi "uuuu" oraz przysypiający więzień opowiadający o krowie.

Od strony technicznej nie można filmowi nic zarzucić. Animacja jest jak zwykle na najwyższym poziomie. Futro Kota wygląda tak naturalnie, że aż chce się wyciągnąć rękę, by go pogłaskać. Bardzo fajnie też wypadła animacja ruchu Kitty w tańcu. Efekt 3D jest wystarczająco zauważalny, by widz poczuł satysfakcję, że zgodził się na założenie okularów.

W sumie jest kolorowo, zabawnie i ekscytująco. A do tego bardzo latynosko. Jeśli lubicie takie klimaty "Kot w butach" powinien spełnić wasze oczekiwania.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (165 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)