Recenzja filmu

Pojedynek (2026)
Łukasz Palkowski

Impas

Największym grzechem "Pojedynku" jest brak stawki. Przedstawionej na ekranie walce o duszę Polaków brakuje poczucia zagrożenia. Teoretycznie postacie Jakuba Gierszała i Aidana Gillena (pamiętny
Impas
źródło: Materiały prasowe
Łukasz Palkowski wraca do kina po niemal dekadzie romansowania z produkcjami serialowymi (od 2017 roku podpisał się między innymi pod TVN-owską "Pułapką", netfliksowym "Kibicem" czy "Langerem" zrealizowanym dla SkyShowtime Polska). Wcześniej największe sukcesy święcił dzięki przeniesieniu na wielki ekran historii Zbigniewa Religi ("Bogowie") i Jerzego Górskiego ("Najlepszy"). W swoim najnowszym filmie pochyla się nad tragicznym życiorysem pianisty Karola Grabowskiego, którego obiecującą karierę przerwał wybuch II wojny światowej – historia inspirowana jest losami prawdziwego muzyka Zbigniewa Sylwana Grzybowskiego.

Akcja filmu w znakomitej większości rozgrywa się w sowieckim obozie w Kozielsku. To właśnie tam po inwazji ZSRR na Polskę więziono ponad 4,5 tysiąca jeńców, przede wszystkim oficerów-rezerwistów będących przedstawicielami polskiej inteligencji. Wśród nich znajduje się porucznik Karol Grabowski (Jakub Gierszał), laureat konkursu chopinowskiego, którego talentem szczególnie interesuje się dowódca obozu, major Wasilij Zarubin (Aidan Gillen). Tytułowy "Pojedynek" to starcie charakterów, postaw i wierzeń. Czy przedstawicielowi NKWD, sięgającemu po najróżniejsze środki przymusu mniej lub bardziej bezpośredniego, uda się złamać ducha polskiego patrioty?



Parafrazując klasyka: "Zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie spada". Początek filmu jest imponujący. To nakręcona w jednym ujęciu dynamiczna sekwencja sowieckiego ataku, której towarzyszą wybuchy, strzelaniny i każąca wstrzymać oddech ucieczka przez las wśród wojennej zawieruchy. To popis operatorskich i inscenizacyjnych umiejętności – bo choć wokół bohatera rozpętuje się piekło, a chaos jest wszechobecny, to pod względem realizatorskim ujęcie zostało opowiedziane nie tylko dynamicznie, ale również klarownie. Płynny ruch kamery przyklejonej do bohatera rozpaczliwie próbującego znaleźć drogę ucieczki, potrafi wbić w fotel i każe wstrzymać oddech. Szkoda więc, że po tak mocnym otwarciu dalsza część widowiska budzi co najwyżej letnie emocje.

Podobno pierwsze przymiarki do realizacji "Pojedynku" robiono już w 2002 roku. Wówczas na reżyserskim stołku miał zasiąść Robert Gliński. Projekt powędrował jednak na półkę, bo w tym samym czasie z tematem zbrodni katyńskiej postanowił zmierzyć się Andrzej Wajda. Film Łukasza Palkowskiego rozkłada akcenty inaczej niż nominowany do Oscara "Katyń" z 2007 roku. Mimo ważnego tematu i emocjonalnego ciężaru to kino lżejsze – pozbawione patosu (przynajmniej w stopniu nie do przetrawienia, co często dotyka kino wojenne), chętnie korzystające z rezerwuaru gatunkowych chwytów (np. w awanturniczej scenie ucieczki), a niekiedy nawet potrafiące zaskoczyć humorem (nie zawsze jednak najwyższych lotów – postać lekarza-alkoholika granego przez Bogusława Lindę ma funkcję komediową opartą na jednym gagu). Nieoczywiste podejście do znanego tematu to zarówno plus widowiska Palkowskiego, jak i jego największy minus – wpisana w fabułę dezynwoltura osłabia szokujący wydźwięk filmu i negatywnie wpływa na dramaturgię całości.



Największym grzechem "Pojedynku" jest brak stawki. Przedstawionej na ekranie walce o duszę Polaków brakuje poczucia zagrożenia. Teoretycznie postacie Jakuba Gierszała i Aidana Gillena (pamiętny Littlefinger z "Gry o tron") toczą przez cały film intensywną intelektualną grę, będąc dla siebie godnymi przeciwnikami. Ale bohaterowie tkwią w impasie, bo pierwszy nie zamierza ustępować, a drugi nie ma siły, bo go do tego zmusić. Nie działa metoda kija, nie działa metoda marchewki. Każde kolejne spotkanie obu mężczyzn kończy się podobnie – powrotem do punktu wyjścia. Próby przekabacenia muzyka na stronę sowietów powinny być osią napędową fabuły – powinny ekscytować i zmuszać widzów do zastanawiania się, czy bohater się podda i jak jego przeciwnik do tego doprowadzi.

Jednak Grabowski zostaje przedstawiony jako postać nieugięta, więc z góry wiadomo, że wysiłki majora będą skazane na niepowodzenie. Element rywalizacji traci więc swoją siłę. Patriotyczna postawa pianisty jest oczywiście godna podziwu, ale takie przedstawienie sytuacji wpływa negatywnie na emocjonalny odbiór filmu – nie ma w nim stawki, zagrożenia ani emocji. Na tytułowy "Pojedynek" patrzymy więc z chłodnym dystansem, a większość wydarzeń na ekranie nie wywołuje silniejszej reakcji. Dramaturgię osłabia także fakt, że obóz w Kozielsku pełnił funkcję indoktrynacyjną, a więc przetrzymywani tam więźniowie – choć pozbawieni wolności i bezsilni wobec rozpadu państwa polskiego – byli relatywnie dobrze traktowani. Opór wobec okupanta miał przede wszystkim wymiar ideologiczny, co również przekłada się na brak bezpośredniego zagrożenia, które mogłoby zostać zaprezentowane na ekranie.



Być może wszystko, o czym piszę wyżej, było przemyślaną strategią uśpienia czujności widza, żeby szokujący finał filmu zrobił na nim jeszcze większe wrażenie. Jeśli taki był plan, to udał się połowicznie. Rzeczywiście – ostatni akt, podobnie jak początek filmu, został zrealizowany z budzącym podziw rozmachem (w ostatnich minutach znów mamy pozbawione cięć i skomplikowane inscenizacyjnie ujęcie). Choć zakończenie jest łatwe do przewidzenia dla każdego, kto zna historię i wie, czym była zbrodnia katyńska, to przedstawienie tego ludzkiego bestialstwa na ekranie w brutalny i bezpośredni sposób dalej potrafi ścisnąć gardło i wywołać w widzu pełen bezsilności sprzeciw. To kino przedstawiające fikcyjną opowieść, która jest jednak wierna historycznej prawdzie, bez ambicji do rewizjonistycznych fantazji. Tym bardziej szkoda, że mocny temat i niezły pomysł na film (starcie dwóch silnych charakterów miało potencjał) w środkowej części widowiska – tej najważniejszej, bo skupionej na postaciach – traci cały fabularny impet.
1 10
Moja ocena:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?