Sherlock Jr

"Młody Sherlock" to w jakimś stopniu rozrywka dla mas, bo wciąż mamy do czynienia z kinem Ritchiego – czyli zalewem obciachowych żartów i fabularnych uproszczeń. W dodatku główny zwrot akcji,
Sherlock Jr
W tym roku mijają 102 lata od premiery filmu "Młody Sherlock Holmes" z Busterem Keatonem w roli głównej. I choć nie opowiadał on o bohaterze Arthura Conana Doyle'a per se, to był pewnego rodzaju fantazją na temat tego, jaki Holmes faktycznie mógł być w młodości. Nad tym zastanawiał się także brytyjski pisarz Andrew Lane, autor współczesnych powieści dla młodzieży, w których przedstawia pierwsze lata "świetności" młodego detektywa.  


Nic dziwnego, że Guy Ritchie i spółka wyniuchali w historiach Lane'a pomysł na kasową adaptację. Zapach pieniądza wisiał w powietrzu – wystarczyło zaadaptować to w taki sposób, aby materiał nadawał się zarówno dla nastolatków, jak i nieco doroślejszych widzów. Kiedy jednak na platformie typu Primę Video pojawia blockbusterowy serial w stylu "Młodego Sherlocka", czerwona lampka zapala się sama. Sherlock Holmes jako student? Więcej akcji aniżeli śledztw? Ritchie trzymający pieczę nad fabułą w stylu young adult thriller? Z góry zakładamy, że taka mieszanka wybuchowa nie ma prawa się udać. Ale jak to pisał Walt Whitman: "Bądź ciekawym, a nie osądzającym". Nigdy nie wiesz, czy akurat trafisz na żyłę złota, czy też najgorszy serial tego roku.

W tym przypadku bliżej do tego pierwszego, chociaż to prędzej fabryka tombaku aniżeli kopalnia ze szlachetnym kruszcem. "Młody Sherlock" nie odkrywa serialowej Ameryki, aczkolwiek sprawdza się jako pierwszorzędna rozrywka na weekend. Od początku śledzimy losy młodego (jeszcze nie detektywa) Sherlocka (Hero Fiennes Tiffin), którego interpretacja powinna przypaść widzom do gustu, nawet jeśli Fiennes Tiffin niczym szczególnym się nie wyróżnia. To prawdopodobnie kwestia jego własnej osobowości: Tiffina da się po prostu lubić za to, że pozostaje "sobą" (podobnie było w przypadku Roberta Downeya Jr.). Już z otwarcia serialu wynika, że nasz Holmes popada w tarapaty na każdym kroku, lecz jego urok osobisty pozwala mu się z nich wykaraskać. Sytuacja odwróci się jednak o 180 stopni, kiedy ten zostanie wysłany do Oxfordu, a następnie posądzony tam o morderstwo. 


Na swojej drodze Holmes spotka przeróżne osobowości: dowiemy się co nieco o jego własnej rodzince (w ojca Sherlocka wciela się wujek aktora – Joseph Fiennes) i poznamy przy tym ich sekrety, wokół których twórcy organizują lwią część narracji. No i już w pierwszym odcinku dojdzie do spotkania dwóch tytanów, kiedy na scenie pojawi się sam James (jeszcze nie profesor) Moriarty (doskonale obsadzony Dónal Finn). Mimo wyraźnych różnic charakterów zaczyna rodzić się między nimi autentyczna więź oparta na wsparciu i empatii – co pod koniec pierwszego odcinka staje się fundamentem ich relacji. Chociaż często ukrywają swoje braterskie uczucia za tandetnymi żartami, Holmes i Moriarty są gotowi zrobić dla siebie wszystko. Powiew świeżości? W jakimś stopniu – tak.

Między bohaterami nie tylko jest wyraźna chemia, ale też obaj po prostu świetnie grają. Tiffin jest nieco bardziej małomówny, podczas gdy Finn opiera się na swojej macho-podobnej, niemal aroganckiej charyzmie. Warto wspomnieć, że co niektóre fragmenty serialu budują grunt pod ich przyszłą rywalizację, udowadniając, że nawet najwieksza przyjaźń może zostać – prędzej czy później – wystawiona na próbę przez nasze własne skazy. Jeśli Prime przedłuży swój serial, to w przyszłych odsłonach do tej relacji wkradnie się jeszcze więcej ambiwalencji.


"Młody Sherlock" to w jakimś stopniu rozrywka dla mas, bo wciąż mamy do czynienia z kinem Ritchiego – czyli zalewem obciachowych żartów i fabularnych uproszczeń. W dodatku główny zwrot akcji, nawet jeśli wywraca do góry nogami status quo w końcowych dwóch odcinkach, to i tak jest przewidywalny – zwłaszcza w kontekście przedstawionej dynamiki rodzinnej Holmesów. To jednak pewnego rodzaju konwencja – Ritchie oferuje nam wiktoriańską rozrywkę bez większych zobowiązań. Jeśli liczycie na detektywistyczny serial, to trafiliście pod zły adres. Jeden "Sherlock" już istnieje i raczej nikomu nie zależy, by powielać tę samą formułę.

Choć sztuka dedukcji gra tutaj (czasami!) pierwsze skrzypce, to jednak argument siły triumfuje praktycznie na każdym kroku. Jeśli odpowiada wam taka reinterpretacja postaci, pełna rubasznego humoru i niejako introspektywna, to droga wolna, powinniście zaprzyjaźnić się z nowym Holmesem. Jeżeli jednak tęskno wam za klasyką, to zawsze pozostają oryginalne opowiadania Doyle'a.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?