Recenzja filmu Dwie Ireny (2017)
Fabio Meira

Małe intymności

Miało być ciepło, zmysłowo, intymnie i wolnopłynąco i w istocie tak właśnie jest – brazylijski upał wylewa się z ekranu, godziny biegną leniwie, dzieciństwo ma zupełnie inny posmak niż w Europie ...
Filmweb sp. z o.o.
Znając nastroje tutejszej publiczności, chciałem rozpocząć od szybkiego alertu. Jeżeli leżą Wam na sercu tak zwane "spojlery", bardzo proszę, nie czytajcie dalej. Opis "Dwóch Iren" zawiera w sobie obietnicę tajemnicy, której pod żadnym pozorem nie należy ujawniać. Dwie trzynastoletnie imienniczki spotykają się i zaprzyjaźniają, ale jest jeszcze COŚ, co je łączy, a o czym my – naiwni widzowie – nie możemy się jakoby dowiedzieć. Co to może być? Jakaś trauma? Rodzinna klątwa? Historia przemocy? Nieważne, gdyż zaraz, na Państwa oczach, wyciągnę królika z kapelusza. Wyciągnę go za uszy. Niech sobie pobiega na wolności, kiedy ja będę się upajał Waszą popsutą zabawą.

photo.title

A tak serio, opis na Filmwebie wprowadza pewien zamęt. Owszem, "Dwie Ireny" to film o rodzinnym sekrecie, ale to nie my jesteśmy adresatami kłamstewka. Przeciwnie, widzowie od pierwszych minut wiedzą tyle, ile nastoletnia bohaterka. Irena wychowuje się w konserwatywnym brazylijskim domu, gdzie wszyscy – szczególnie matka i siostra – patrzą na nią z góry, jak na niezdarne i rozbisurmanione dziecko. Władzę absolutną sprawuje ojciec-patriarcha, wąsacz w typie macho, któremu córki zdejmują buty, podają gazetę i nalewają zupcię i który do dzieci odzywa się tylko wtedy, kiedy trzeba je zganić albo pochwalić. Któregoś dnia niepokorna Irena postanawia jednak śledzić tatę w drodze do pracy i wtedy odkrywa jego szokującą tajemnicę – mężczyzna prowadzi podwójne życie. Mało tego, swojej córce z drugiego związku również dał na imię Irena. Obie rodziny nie wiedzą o swoim istnieniu, a mistyfikacja jakimś cudem trzyma się w ryzach prawdopodobnie od wielu lat. 

Jak się trzyma oraz po co (w końcu jest to sytuacja wyczerpująca psychicznie przede wszystkim dla pana ojca), tego nie wiadomo. "Dwie Ireny" nie są studium rozpadu rodziny, w fabularnym podwojeniu widać raczej uniwersalną metaforę dojrzewania i szukania własnego miejsca w świecie. Irena numer jeden – po zdemaskowaniu taty – wcale nie idzie płakać w maminą spódnicę, ale wchodzi z Ireną numer dwa w rodzaj nastoletniej przyjaźni bez granic. Dziewczyny stają się nierozłączne, dzielą się intymnymi przemyśleniami, chodzą razem do kina i na randki z chłopcami. Dla I1 – nieśmiałej, szczupłej, niepewnej własnej urody – kontrast wytwarzany przez I2, nastolatkę otwartą, zmysłową, czasami wręcz rubaszną, staje się bezpiecznym buforem dla testowania własnej tożsamości, przede wszystkim tej seksualnej. W kontrze do mieszczańskiego poukładania i pozorów przyzwoitości, a jednocześnie jakby cały czas wewnątrz tej samej rodziny, która – ze względu na tajemnicę ojca – niespodziewanie rozszerza swoje ramy i wpuszcza nieco świeżego powietrza. Dzięki wahaniom i naturalnej ciekawości Ireny zaczynamy trochę lepiej rozumieć pokusę, przed którą wiele lat temu musiał stanąć Pan Niezdecydowany – mieć pozycję osoby statecznej i szanowanej, a jednocześnie zachować młodzieńczą zmysłowość: tańczyć i grać na akordeonie z drugą kobietą, prowincjonalną krawcową, a "ukrytej" córce dać dużo swobody i pozwolić na ekspresję fizycznego uroku. I Irena – czujemy podskórnie – też chciałaby utrzymać dla siebie te dwa światy, móc się między nimi swobodnie przemieszczać, w zależności od codziennego kaprysu. Tyle że ceną takiej społecznej podwójności są destabilizacja, moralna degrengolada i cierpienie niewinnych ludzi. A o tych faktach film Fabio Meira już nie wspomina, pozostając na poziomie eseju o dojrzewaniu jako Wielkim Rozszczepieniu. 

photo.title

Jest w tym jakiś banał, jakby "Dwie Ireny" zatrzymały się w połowie drogi, uciekając przed tym, co większe, istotniejsze, bardziej autentyczne. Z drugiej strony szanuję tę bezpretensjonalność "Iren". Miało być ciepło, zmysłowo, intymnie i wolnopłynąco i w istocie tak właśnie jest – brazylijski upał wylewa się z ekranu, godziny biegną leniwie, dzieciństwo ma zupełnie inny posmak niż w Europie czy USA, a dom, chociaż to więzienie konwenansów, daje mimo wszystko całkiem dużo swobody. Miło się na to patrzy, miło się w takim ciasnym i niedookreślonym świecie przebywa. Jeśli więc miałbym przypiąć "Dwóm Irenom" jakąś łatkę, byłoby nią "kino małej intymności". Im mniej od niego oczekujemy, tym więcej daje w zamian. Jest zupełnie nieambitne, ale jednocześnie pozwala zanurzyć się w beztrosce i zapomnieć o szarzyźnie dnia codziennego. A w efekcie, jakby rykoszetem i niedługo po wyjściu z kina – niestety także o sobie samym. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły