Recenzja filmu Mambo, Lula i piraci (2012)
Jan Rahbek
Dariusz Błażejewski

Małpi interes

Historia jest nieskładna, chaotyczna i nie zdziwiłbym się, gdyby zamiast wciągać, wprowadziła najmłodszych w konsternację. Z porozrzucanych bez ładu i składu numerów musicalowych wieje nudą, gagi ...
Filmweb sp. z o.o.
Możliwe, że dzieci w wieku przedszkolnym będą bawić się na filmie Jana Rahbeka całkiem nieźle. Co innego wieczne dzieci – nawet pomimo olbrzymiej ilości dobrej woli, moje receptory żenady co rusz się przepalały. Jak się domyślacie, nie miało to nic wspólnego z wylewającym się z ekranu żarem.

Tytułowi Mambo i Lula to żyjące na rajskiej wyspie małpiszony. Ten pierwszy, sztywny jak kołek służbista, dba o porządek na okolicznych plażach: paraduje dumnie w mundurze, karci małpiatki rozrzucające papierki po słodyczach, a o wszelkich nieprawościach donosi ufortyfikowanemu na wzgórzu, paranoicznemu Prezydentowi. Ta druga gania po buszu i nagrywa odgłosy egzotycznej fauny, by potem tworzyć z nich dyskotekowe hity i pielęgnować marzenia o karierze piosenkarki. Gdy do brzegu niespodziewanie przybija statek, a podróżująca nim ekipa budowlana jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stawia na piasku wielkie kasyno, życie bohaterów wywraca się do góry nogami.

Na papierze fabuła to intrygujący absurd. Na ekranie wypada po prostu idiotycznie. Teoretycznie duński film ma wszystko, czego potrzeba do sukcesu – odjechane pomysły, szalonych bohaterów, sceny akcji w komediowym sosie i niegłupi morał. Zrealizowany jest jednak tak nieudolnie, że oczy bolą, a uszy więdną. Historia jest nieskładna, chaotyczna i nie zdziwiłbym się, gdyby zamiast wciągać, wprowadziła najmłodszych w konsternację. Z porozrzucanych bez ładu i składu numerów musicalowych wieje nudą, gagi sprowadzają się do kiepskiego slapsticku, puszczania gazów i okrzyków godowych, a pod względem technicznym to już w ogóle bilet na wehikuł czasu: postaci są fatalnie animowane, cyfrowe środowisko ubogie w detale, filmowy świat pusty, sterylny i odpychający. Utwór nabiera oddechu wyłącznie w chwilach, gdy komputerowa animacja ustępuje miejsca tradycyjnym technikom. Te krótkie sekwencje pokazują, że w "Mambo, Luli i piratach" tkwił mimo wszystko jakiś estetyczny potencjał.

Można byłoby na te wszystkie felery przymknąć oko, gdyby twórcy uczciwie kierowali film wyłącznie do naszych pociech. Panowie z kalkulatorami nie zapomnieli jednak o starszych: wysepka jest więc bananową republiką, prezydent bezwzględnym autokratą, a zarządca kasyna – wchodzącym w ten świat z butami kapitalistą. Nie wiadomo jednak do końca, czemu ma służyć ta grubo ciosana alegoria. Z początku miałem również nadzieję, że obędzie się chociaż bez czerstwych nawiązań popkulturowych w dubbingu, ale i tu twórcy poszaleli. Obserwując taniec swojej koleżanki, Mambo rzecze do niej: "Jesteś zajemałpia, nadawałabyś się do Tańca z Małpami". Facepalm mode on.  

Poziom dystrybuuowanej w Polsce mainstreamowej animacji – także tej dla najmłodszych – jest tak wysoki, że nie ma sensu tracić czasu i pieniędzy na zrealizowany bez polotu, siermiężny i zwyczajnie brzydki film. Za równowartość biletu dostaniecie na DVD coś z bogatej oferty Pixara lub Dreamworks. "Ogonek" starczy jeszcze na watę cukrową.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię