Jest w tej historii kilka oczywistych skrótów, bo nie jesteśmy przecież na terapii, ale jednak wiele rzeczy zostaje tu potraktowanych z wyczuciem rzadko spotykanym w polskim kinie. "Powiedz mi,
Lubię myśleć, że Łukasz Ronduda konsekwentnie buduje własne, kameralne uniwersum superbohaterskie, zaludnione przez coraz bardziej barwne postaci z polskiego świata sztuki współczesnej. Tyle że zamiast supermocy jego bohaterów definiuje superwrażliwość – krucha, intensywna, zamieniana w sztukę. Tym razem inspiracją dla nowego filmu Rondudy, z premierą na festiwalu w Rotterdamie, stał się życiorys Patryka Różyckiego. I właściwie nie ma większego znaczenia, czy znacie jego twórczość, czy ona z wami rezonuje – bo, zgodnie z tytułem, "Powiedz mi, co czujesz" traktuje artyzm jako punkt wyjścia do opowieści o czymś znacznie bardziej intymnym. Doczekaliśmy się takich czasów w polskim kinie, że dostajemy ekranową emocjonalność bez nagromadzenia konfliktów – i to z taką czułością, że aż chce się o tym wszystkim pisać.
Filmowy Patryk (Jan Sałasiński) jest wrażliwcem. Dla jego matki to jednak żaden atut – raczej powód do drwin. Szydzi z niego, że jest artystą, a słowo to brzmi w jej ustach jak najcięższa z możliwych obelg. Ojciec ma na to wszystko jakby wylane; zajęty jest patrzeniem w oczy duchów z przeszłości. Tam, skąd pochodzą, artyzm oznacza bezużyteczność: nie prowadzi donikąd, a już na pewno nie pomaga utrzymać gospodarstwa. Artyści przecież zadają niewygodne pytania, drążą, wiercą dziurę w całym, podkradają cudze historie i tajemnice, by później przerobić je na własne, artystyczne kłamstewka. Gdy ojcu jest z tym obojętnie, matce Patryka jest z tym ewidentnie nie po drodze – nie będzie zatem osobą, która okaże matczyną czułość. Raczej uruchomi spiralę pogłębiającego się dystansu.
Rozdarty pomiędzy uprawą roli a przyjęciem roli artysty Patryk uparcie wybiera to drugie. Ze swojego uporu próbuje uczynić narzędzie do przepracowania trudnego dzieciństwa, a z traum – zasób artystyczny. Ucieka do Warszawy z nadzieją, że uda mu się sprzedawać obrazy. Bez większych sukcesów: lombardy wolą dewocjonalia niż ładne widoczki. Szybko poznaje jednak Marię (Izabella Dudziak) – aspirującą artystkę z bogatego domu, która pracuje właśnie nad instalacją "Skup Łez", kolekcjonując opowieści zapisane we łzach przypadkowych przechodniów. Problem polega na tym, że Patryk jest zbyt emocjonalnie poblokowany, by wydobyć z siebie choć jedną.
No i tak się będą docierać. On: niedostępny sad boy, który w seksie próbuje znaleźć ujście dla emocji. Ona: odważna, przejmująca inicjatywę zawsze wtedy, gdy natrafia na jego bezradność. W tle pobrzmiewa sztuka, która staje się dla nich językiem eksplorowania tego, co zamknięte w ciele. I tu szalenie ważna uwaga: łatwo o to, by te wszelkie artystyczne próby nie tyle zdominowały formę, ile zepchnęły film w rejony skrajnie niestrawnego, pretensjonalnego bełkotu. Rondudzie nie tylko udaje się tego uniknąć – bo w tę formułę potrafi tchnąć najczulszy z możliwych gestów. Z bliskości swoich bohaterów czyni powietrze dla swojego filmu; oddychamy ich kruchością, podatnością na zranienie, poczuciem humoru. Są dla siebie jak otwarte książki – z ciał wydrapują swoje rany, ucząc się swoich najciemniejszych miejsc.
I nie jest to wcale film zbudowany wyłącznie z ciepełka i czułych spojrzeń. Jasne, że Maria i Patryk się kłócą, wyrzygując wszystkie swoje problemy i traumy; jasne, że wkradają się w to wszystko konflikty i terapeutyczne wstawki, czy minigierki wyjęte z podręcznika ustawień hellingerowskich. W pierwszej scenie filmu niemal ocieram się o mikrozawał – bo pierwsze wypowiedziane na ekranie słowa to "noż kurwa mać", rzucone na tle znoju życia na wsi. Przez moment myślę, że oto dostaliśmy kolejną historyjkę o tym, jak ci uprzywilejowani i wielkomiejscy patrzą na życie poza miastem. Na szczęście to tylko drobna prowokacja. Dość szybko okazuje się, że przywileje są, owszem, ale służą budowaniu świadomości, a styl Rondudy staje się czymś w rodzaju odtrutki na przepełnione konfliktami współczesne kino polskie.
Przywileje są w tej historii fascynującym punktem tarcia. Rondudzie udaje się wyłuskać celne obserwacje dotyczące współczesności, bo trafnie pokazuje, jak narzędzia zdobyte w wielkomiejskim świecie – terapia, samoświadomość, empatyczny język i gesty, gotowość do przepracowywania traum – mogą zupełnie nie przystawać do innego, pozamiejskiego gruntu. Gdy Patryk wraca do domu już po posmakowaniu warszawskiego życia, natychmiast odbija się od ściany: kiedy matka słyszy od syna "a może o tym porozmawiamy", na jej twarzy pojawia się czysty niesmak, a ojciec – jak duch we własnym życiu – pozostaje przy swojej rezygnacji i sięga po butelkę. "Podobno to czas siedmiu prób" – zapętlone słowa utworu Błażeja Króla pobrzmiewają w tle. Do siedmiu razy sztuka?
Jest w tej historii kilka oczywistych skrótów, bo nie jesteśmy przecież na terapii, ale jednak wiele rzeczy zostaje tu potraktowanych z wyczuciem rzadko spotykanym w polskim kinie. "Powiedz mi, co czujesz" to trafna, a przy tym nienachalnie popowa analiza tego, jak formacyjne doświadczenia stają się pretekstem do okopywania się w narracjach, które z czasem determinują dalsze losy i rzucają cień na każdy kolejny wybór. Nie jesteśmy jeszcze tak blisko filmowych światów Daga Johana Haugeruda, którego wariacje na temat rzeczywistości wciąż brzmią w Polsce jak symulacja życia, ale wykonujemy wyraźny krok w stronę dojrzałego opowiadania o komunikacji i emocjach. Być może dlatego, że Ronduda tworzy przestrzeń do rozmowy – zaprasza do niej, ufa swoim postaciom, daje im prawo do kruchości. Prowadzi nie przez wielkie słowa i idee, lecz przez wrażliwość, którą bohaterowie wypracowują po drodze.
Zapowiadając film, Ronduda mówił, że ten projekt jest małą rewolucją – razem z Emi Buchwald ("Nie ma duchów w mieszkaniu na dobrej") wpuszczają powietrze do rodzimego kina. Łatwo sobie wyobrazić pitching takiego filmu i grad pytań, z którymi mierzy się dziś każdy polski twórca: "gdzie jest stawka?", "o czym właściwie jest ta historia?". I rzeczywiście – na swój sposób jest to opowieść małych stawek. Zamiast dramatycznych zwrotów dostajemy drobne tąpnięcia emocji, ciche performanse drgań, które powoli wpuszczają do życiorysów bohaterów odrobinę światła. Bardzo kibicuję takim pomysłom, bo konfliktowe pisanie scenariuszy już dawno powinniśmy wyrzucić do śmietnika.
To zresztą najpiękniejsze momenty filmu: sekwencje zbliżające Patryka i Marię (wspaniale odegrany duet) w intymnym tańcu ciał – tylko po to, by mogli nazwać, okiełznać i namierzyć to, co od dawna drga w ich cielesnym rejestrze. Ubrane w formę małych projektów artystycznych i performatywnych działań, niekoniecznie budują stawkę w narracyjnym sensie, ale dają tak rzadki w polskim kinie oddech. Moja fiolka ze łzami po filmie byłaby całkiem pełna – a Maria wisi mi obecnie przynajmniej stówkę.