Recenzja filmu Próba (2018)
Daniel Robbins

Milczenie owiec

Gdzie tu konflikt, gdzie napięcie? Przez pół filmu oglądamy zadufanych w sobie dupków znęcających się nad potulnymi wrażliwcami. Nuda i banał: łatwo jest gardzić rozpieszczonymi gnojkami z ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Próba (2018)
Choć horrory skupiają się zazwyczaj na ostrych przedmiotach penetrujących ludzkie ciała, to źródłem prawdziwej grozy jest w nich najczęściej społeczeństwo. Mało który gatunek filmowy tak wdzięcznie nadaje się do socjologizowania, psychoanalizowania i generalnej krytyki publicznego status quo. Nóż w brzuchu to przecież tylko rekwizyt, narzędzie, którym ktoś daje upust traumie socjalizacji. Weźmy taką "Próbę" Daniela Robbinsa: na pierwszym planie mamy znęcających się nad sobą studentów, krew, wymiociny i flaki, ale w tle majaczy ponura refleksja nad realiami, które mogą degenerować się w taki właśnie spektakl grozy. Refleksja jak najbardziej szlachetna, niestety w tym przypadku zaszlachtowana przez sam spektakl, niezbyt zresztą wdzięczny. Próba nieudana.

Na tapecie są tym razem okrutne rytuały przejścia praktykowane na amerykańskich uniwersytetach. W Polsce znamy je głównie z kina, gdzie zazwyczaj przypominają coś między dziką imprezą a wojskową "falą": oto grupa protekcjonalnych osiłków rekrutuje jakichś nieszczęśników do swojego "bractwa", organizując eliminacje, w których chodzi o to, by jak najskuteczniej kogoś upokorzyć. W "Próbie" rolę prowadzonych na rzeź owieczek gra trzech pierwszoroczniaków: Justin, Ethan i David. Chłopaki chodzą od bractwa do bractwa, całując klamkę za klamką i odbijając się od kolejnych drzwi – za chudzi, za grubi, za dziwni na to, by dostąpić zaszczytu imprezowania ze starszymi byczkami i ich laskami. Kiedy więc znienacka objawia się urodziwe dziewczę, by zaprosić ich na libację w imponującej willi na odludziu, walą jak w dym. 

Dobrze wiemy, dokąd to prowadzi i w sumie nie byłoby w tym nic złego, gdybyśmy tylko mogli uwierzyć w naiwność naszych biednych nerdów. Kiedy bohater horroru wchodzi do ostatniego domu po lewej, widz musi przecież iść razem z nim, skłonny co najmniej zignorować świadomość, że mamy tu wypadek czekający, żeby się wydarzyć. Robbins spędza dobre pół godziny filmu, opisując nam żałosne położenie bohaterów, ale i tak nie udaje mu się uwiarygodnić decyzji chłopaków. Nie powiem, ten pierwszy, obyczajowy segment "Próby" jest i tak najwdzięczniejszy: bohaterowie są nakreśleni prostymi kreskami, ale autentyczni, żywi. Wciąż jednak wątpię, że mogli być zdesperowani na tyle, by nie zauważyć szczerzących się na ich widok złych wilków. Co gorsza, kiedy już rusza karuzela krwawych atrakcji, chłopcy pozostają pasywni, godzą się na wszystko, po owczemu milczą. Idą w zaparte nawet wtedy, gdy obrzędy inicjacyjne robią się bardzo, bardzo inwazyjne. Może to miał być ten społeczny komentarz: krytyka uniwersyteckiej hierarchii władzy, którą ci na dole drabiny potulnie akceptują, bo nie mają innego wyjścia. Cóż jednak z tego. 

Gdzie tu konflikt, gdzie napięcie? Przez pół filmu oglądamy zadufanych w sobie dupków znęcających się nad potulnymi wrażliwcami. Nuda i banał: łatwo jest gardzić rozpieszczonymi gnojkami z psychopatycznymi ciągotami, łatwo współczuć dręczonym przez nich sympatycznym normalsom – za łatwo. Burżuazja gnoi tu nerdoproletariat, ale zamiast ekranowej walki klas mamy ekranową masakrę jednej klasy przez drugą – a to nie broni się jako spektakl. Napastnicy powołują się na spartańskie tradycje, wynoszą na piedestał szczury, które zniosą wszystko; brnąc do celu, prześcigają się w kolejnych aktach okrucieństwa – ale iskry w tym za grosz. Brak nawet czystej katartycznej frajdy obcowania z przemocą, bo nie ma też reżyserskiej inwencji w inscenizowaniu masakry. Trochę psychicznych gierek, trochę ganiania się korytarzami, dużo siedzenia w zamkniętych pomieszczeniach. Jest też etatowy twist, który "stawia wszystko na głowie", nic w zasadzie nie zmieniając. Rutyna: trudno nawet się przejąć, kto kogo i kiedy, bo postacie zlewają się w potok ciał, raz dźgających, raz dźganych. Widz pasywny zostanie pewnie do końca, widz aktywny uzna może, że są lepsze rzeczy na tym świecie. Jak dla mnie, nie pomyli się. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby