Recenzja filmu Pilecki (2015)
Mirosław Krzyszkowski

Na kolanach

Budżetowe braki kłują w oczy, lecz nie są wcale najgorsze. Wprowadzanie w akcję za pomocą archiwaliów czy fotografii jest niezłym pomysłem, podobnie zresztą jak częste skupianie się na bliskich ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Pilecki (2015)
Mimo szczerych chęci, trudno mi uzasadnić fakt powstania "Pileckiego". To naftalinowy, fabularyzowany dokument, który z racji swojej anachronicznej formuły, a także inscenizacyjnej nieudolności twórców nie zadowoli ani entuzjastów kina faktu, ani pasjonatów kina w ogóle. Oczywiście, Pilecki zasługiwał na film, można powtarzać ten frazes w nieskończoność. Podobnie jak ten, że zasługiwał na kino hollywoodzkie, w którym – abstrahując od walorów wysokobudżetowego widowiska – odnajdujemy człowieka za parawanem mitu.


Pobożne życzenia. To, co dostajemy, ma się nijak do fantazji o kinie zarazem rozliczeniowym i mitotwórczym, pełnym patosu i przekornym. Rotmistrz Witold Pilecki walczył z bolszewikami w trakcie Bitwy Warszawskiej i z Niemcami w kampanii wrześniowej. Infiltrował jako ochotnik obóz w Auschwitz, organizował tam ruch oporu, wreszcie – uciekł i zlecił jeszcze kilka ucieczek, w tym najsłynniejszą, gdy oficerowie polskiej armii w pełnym umundurowaniu esesmanów wywieźli z obozu tajne dokumenty Związku Organizacji Wojskowej.  Twórcy filmu pozbierali te oraz inne fakty, zaś resztę – czyli intymną perspektywę bohatera, emocjonalne jądro filmu – potraktowali jak kłopotliwy balast. W efekcie "Pilecki" to adaptacja notki z encyklopedii, w której cała warstwa fabularna jest w najlepszym wypadku tautologią, a w najgorszym – popisem realizacyjnej miernoty.


Budżetowe braki kłują w oczy, lecz nie są wcale najgorsze. Wprowadzanie w akcję za pomocą archiwaliów czy fotografii jest niezłym pomysłem, podobnie zresztą jak częste skupianie się na bliskich planach oraz twarzach bohaterów. Problemy wynikają raczej z przyjętej przez twórców strategii artystycznej. Część stricte dokumentalna, z gadającą głową Andrzeja Pileckiego, syna Witolda, jest po prostu nudna, materiał sprawia wrażenie, jakby zmontowano go na kolanie, bez jakiejkolwiek dramaturgicznej ramy. Część fabularyzowana – koszmarnie zagrana, z tragicznie podawanym offem – to tylko imitacja kina, przywodząca na myśl telewizyjne rekonstrukcje. Wspomniane warstwy narracyjne nie pracują na siebie, nie stanowią żadnego kontrapunktu, to dwa oblicza tej samej hagiografii. Skojarzenia religijne są zresztą na miejscu. Nachalne cytaty z "O naśladowaniu Chrystusa" autorstwa Tomasza z Kempis przypominają o tym, że twórcy raczej nie planowali podnosić się z kolan. I naprawdę niewiele zmienia tu fakt, że była to lektura, którą bohater Pilecki zaraził swojego syna.

Patriotyzm oraz imperatyw działania były w życiu Pileckiego tak silne, że naprawdę nie potrzeba wiele, by zbudować wokół niego wielką narrację. Film Mirosława Krzyszkowskiego, pozbawiony jakiegokolwiek autorskiego stempla i artystycznej wrażliwości, jest tylko wątpliwej jakości kinem oświatowym. Nawet jeśli nie przekroczyliście progu kina, już go widzieliście.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 61% uznało tę recenzję za pomocną (135 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię