Recenzja Sezonu 5

Stranger Things (2016)
Matt Duffer
Ross Duffer
Winona Ryder
David Harbour

End of Beginning

Piąta odsłona "Stranger Things" sprowadza się do niewyleczonych traum i lęku przed pójściem naprzód. Jeśli coś Dufferom koncertowo się udało, to właśnie uchwycenie rozstrajającego poczucia
End of Beginning
Recenzja finałowych odcinków 5. sezonu.

Wspólne przecieranie oczu ze zdumienia, melancholijne spotkania oraz rzewne pożegnania – właśnie na to liczyłam, oglądając w Święta i Nowy Rok kolejne cztery odcinki piątego sezonu "Stranger Things". Bliźniacy Duffer te oczekiwania spełnili, nie zaprzeczę. Jest jednak kilka poważnych "ale" (uwaga, spoilery), począwszy od: memicznych nieścisłości scenariuszowych oraz fabularnych zapchajdziur, przez niekończące się monologi i ckliwe retrospekcje, na aktorskim patosie i zapychającym żyły sentymentalizmie kończąc. Jak na serię tak silnie opiewającą moc przyjaźni oraz kolektywnej walki ze złem, dość smutne jest to, że długo wyczekiwany finał podzielił wiernych wyznawców serialu tak brutalnie, że ich internetowe wymiany zdań bywają ostrzejsze niż ostateczna konfrontacja bohaterów z Vecną i Łupieżcą Umysłów. Emblematyczny dla ułomności tego sezonu pozostaje fakt, że twórcy są na tyle niepewni własnego zakończenia, iż decydują się wymyślić jej alternatywną wersję – najpewniej żywo zainspirowani fanowskimi teoriami. Showrunnerom najwyraźniej musi być trudno pożegnać się ze "Stranger Things". Tak trudno, że planują już spin-off. Czy utkana z maksymalizacji zysku i tanich chwytów nostalgia to wciąż nostalgia?


Po krótkiej grudniowej przerwie wracamy do Hawkins, by wreszcie móc skupić się na emocjonalnym rozwoju naszych ulubionych postaci. Dąsający się przez pierwsze cztery odcinki Dustin (Gaten Matarazzo) i Steve (Joe Keery) dostają swoje braterskie pięć minut na pojednanie, by przypomnieć widzom, za co pokochali ten rozczulający, z pozoru niepasujący do siebie duet. Jonathan (Charlie Heaton) i Nancy (Natalia Dyer), podobnie jak my, nie bardzo wiedzą, po co wciąż są razem. Podczas walki o życie znajdują jednak chwilkę, by zmierzyć się z prawdą i kulturalnie się rozstać. Max (Sadie Sink) odkrywa, że nie trzeba było słuchać Kate Bush przez dwa sezony na zapętleniu, by móc wydostać się ze szponów Vecny. Mała, dzielna Holly przechodzi przyspieszony kurs dorastania, chroniąc rówieśników z klasy przed nadchodzącym końcem świata, a Jedenastka podejmuje najtrudniejszą w życiu decyzję, akceptując swój tragiczny los. Will (Noah Schnapp) z kolei pokonuje strach przed odrzuceniem poprzez dokonanie przed bliskimi coming outu. Nawet sam antagonista, Henry Creel, dzięki łasce braci Duffer, odsłania widzom swoje kruche oblicze, rozliczając się z bolesnym wspomnieniem z dzieciństwa, i to dzięki Jamiemu Campbellowi Bowerowi w jednej z najlepiej zagranych scen tego sezonu. 

Piąta odsłona "Stranger Things" sprowadza się więc do niewyleczonych traum i lęku przed pójściem naprzód. Jeśli coś Dufferom koncertowo się udało, to właśnie uchwycenie rozstrajającego poczucia zwątpienia w obawie przed nadchodzącą przyszłością. Dustin wpada w ramiona Steve’a, ponieważ po heroicznej śmierci Eddy’ego boi się utraty kolejnego przyjaciela. Jonathan i Nancy, w dramatycznej scenie rodem z "Titanica", uświadamiają sobie, że różni ich zbyt wiele, a związku opartego wyłącznie na wspólnej traumie raczej nie uratują małżeństwem ani gromadką dzieci. Sam Vecna odkrywa, że nie urodził się przecież zły, jednak wizja przeciwstawienia się Łupieżcy Umysłów okazuje się bardziej przerażająca niż akceptacja tego, kim zawsze był – przypadkową ofiarą na drodze najpotężniejszego zła we wszechświecie. I wtedy wchodzimy my: widzowie, cali we łzach wzruszenia i smutku, zmuszeni rozstać się z serialem, z którym przez dekadę zżyliśmy się tak mocno, że planujemy już jego kolejne rewatche. Pokolenie X rzewnie odtwarzające w głowie filmy Spielberga, millenialsi wspominający swoje wczesne dzieciństwo oraz zetki łapczywie chłonące ejtisową nostalgię – bracia Duffer złączyli pokolenia tylko po to, by po latach je skłócić i wystawić na najcięższą z prób.


Fani biją pianę głównie o monolog Willa z siódmego odcinka. O ile wyjście z szafy stanowi piękne zwieńczenie jego tożsamościowych rozterek i fabularnie pozbawia Vecnę władzy nad tajemnicami nastolatka, o tyle sposób, w jaki twórcy je aranżują, pozostawia wiele do życzenia. Wątek zauroczenia Willa jego najlepszym przyjacielem, Mikiem, po kilku sezonach zostaje bezmyślnie spłycony do jednej kwestii wypowiedzianej na forum grupy, a reakcja pozostałych, choć afirmująca i wspierająca, sprawia wrażenie sztucznej i pozbawionej realnego zaangażowania. Bracia Duffer wplatają wątek coming outu na chybcika, każąc bohaterom jedynie uprzejmie przytaknąć matce Willa, gdy ta zapewnia syna, że nigdy jej nie straci. Na prawdziwe słowa wsparcia nie starcza już czasu. No kto by pomyślał? Przecież zbliża się tylko najważniejsza bitwa serialu…

Dwugodzinny finał pozostawia widzów z tuzinem niewyjaśnionych wątków i piętrzących się pytań: Kto i kiedy oswobadza rodziców Dereka uwięzionych w stodole? Jakim cudem wojsko puszcza bohaterów wolno, mimo że ci wybili im pół armii, popełniając po drodze szereg poważnych przestępstw? Dlaczego demogorgony, ku wygodzie scenariusza, nie wspierają Vecny w ostatecznym starciu? Jasne, na wiele scenariuszowych niedociągnięć można przymknąć oko – obrócić je w mem, sparodiować i w końcu zapomnieć. Trudniej wybaczyć jednak to, że najbardziej wyczekiwana scena w historii serialu, choć efektowna wizualnie, okazuje się zaledwie kilkuminutową potyczką, w której banda nastolatków pokonuje potwora rozmiarów Godzilli przy użyciu odrobiny amunicji, ślepaków oraz ognia. I oczywiście siły przyjaźni!


Ignorując niedosyt płynący z ostatniego odcinka, można równie dobrze wybaczyć Dufferom niemal wszystkie potknięcia i uznać, że to, co irracjonalne, sprowadza się do prostego morału: miłość i przyjaźń przezwyciężą wszystko. Czyż jednak nie zawsze o to właśnie chodziło w "Stranger Things"? O zawieszenie niewiary, powrót do młodzieńczych fantazji i kolektywny eskapizm? Nie wstydźcie się więc litrów wylanych łez i ton zasmarkanych chusteczek. Rozgrzeszcie scenarzystów; pożegnajcie zwroty akcji, które nigdy nie nadeszły, i teorie, które nie miały szansy się ziścić. Przełknijcie gorzki zawód i oddajcie się upojnej słodyczy nostalgii. Wasze wzruszenie płynie prosto z serca. To zupełny przypadek, że aż dziewięć Waszych ulubionych postaci płacze w tym samym momencie na ekranie. 
1 10
Moja ocena sezonu 5:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Stranger Things
[center]Uwaga! W poniższym tekście mogą pojawić się fragmenty ogólnie uważane za spoilery. Strzeż... czytaj więcej
Recenzja Stranger Things
Platforma Netflix w ciągu ostatnich kilku lat zrewolucjonizowała kanały dystrybucji programów i seriali... czytaj więcej
Recenzja Stranger Things
Chyba każdy z nas marzył o świecie magicznym, w którym mógłby stać się bohaterem i stawić czoła... czytaj więcej