Recenzja filmu Imprezowi rodzice (2018)
Fred Wolf

Rodzice na skraju załamania finansowego

Film rozgrywa się w ciągu tygodnia, każdy dzień oznacza coraz głębsze kłopoty dla Nancy i Franka. Twórcy nie zawsze mają pomysł, jak tę ramę zapełnić treścią.  Żarty powtarzają się, niektóre ...
Filmweb sp. z o.o.
Jak wiemy z amerykańskich filmów, wysłanie dziecka do college'u to dla rodziców z klasy średniej swoisty rytuał przejścia. Gdy ostatnie z potomstwa opuszcza rodzinne gniazdo, by zainstalować się na najbliższe lata w akademiku, rodzice mogą poczuć, że wykonali swoją pracę, że mają wreszcie szansę odetchnąć, a być może przeżyć drugą młodość przed emeryturą.

photo.title

"Imprezowi rodzice" zaczynają się od sceny, gdy małżeństwo Teagartenów odwozi ukochaną jedynaczkę, Rachel, na uczelnię, gdzie ta ma studiować weterynarię. Jak się jednak szybko przekonujemy, film rozgrywa się w Ameryce, gdzie klasy średniej praktycznie już nie ma, a nawet jej górne warstwy nie mogą być pewne ekonomicznego bezpieczeństwa i własnej pozycji społecznej. 

Teagartenowie z college'u wracają drogim SUV-em, którym zajeżdżają pod obszerną rezydencję na zdecydowanie zamożniejszym od przeciętnego przedmieściu. Po samochód przyjeżdża jednak komornik – auto jest na kredyt, którego rat Teargartenowie nie są w stanie spłacać. Małżeństwo dokonało jednej złej decyzji biznesowej i od tego czasu tonie w długach. Cała ich egzystencja zamożnej klasy średniej była teatrem odgrywanym, by nie zawieść ukochanej córki. Teraz, gdy Rachel zaczyna dorosłe życie, Teargartenowie nie tyle mogą odetchnąć, co muszą zacząć walczyć o to, by nie stracić wszystkiego i zupełnie nie pójść na dno.

Pomysł jest świetny i na czasie. Coraz więcej rodzin w Stanach ma niepozbawione racji poczucie, że amerykańska gospodarka działa wyłącznie w interesie najbogatszych, a klasa średnia się kurczy – nieliczni jej przedstawiciele mają szansę zasilić szeregi milionerów, całe rzesze czeka deklasacja. Amerykańska komedia, co najmniej od czasów Chaplina, zawsze miała też swój populistyczny, społecznie wrażliwy nurt, zdolny opowiadać o najbardziej skomplikowanych problemach społecznych przez humor.

photo.title

W tę tradycję twórcom "Imprezowych rodziców" udało się wpisać z umiarkowanym sukcesem. Humor niestety nie jest najwyższych lotów – i to nie tylko jeśli chodzi o poziom dowcipów, ale także ich komiczną siłę rażenia. Scenariusz zawodzi aż na trzech poziomach: konstrukcji fabuły, poszczególnych scen i postaci. Najgorzej rozwinięte są niestety postacie samych Teargartenów. 

Wcielają się w nich Alec Baldwin i Salma Hayek – aktorzy, którzy pokazali nieraz, że mają wielki komiczny potencjał. W "Imprezowych rodzicach" tylko w nielicznych scenach ma się on szansę ujawnić. Zwłaszcza odtwarzana przez Hayek postać Nancy jest napisana poniżej możliwości aktorki. Sytuację ratują ciekawe postaci drugiego planu – zwłaszcza nowy sąsiad Teargartenów, figurujący w rejestrze przestępców seksualnych ekscentryk Carl (przezabawny Jim Gaffigan), oraz należąca do klasy ludowej rodzina siostry Nancy.

Film rozgrywa się w ciągu tygodnia, każdy dzień oznacza coraz głębsze kłopoty dla Nancy i Franka. Twórcy nie zawsze mają pomysł, jak tę ramę zapełnić treścią.  Żarty powtarzają się, niektóre sceny zwyczajnie nużą. Zakończenie jest tyleż przewidywalne, co dość mechaniczne, słabo umotywowane na fabularnym poziomie.
A przy tym nie da się zaprzeczyć, że twórcy mają społeczny słuch, że doskonale wyczuwają pęknięcia w amerykańskim śnie. Mnie osobiście ujęło połączenie populistycznej komedii w stylu Chaplina, głoszącej solidarność prostych, skrzywdzonych przez system ludzi, z bardzo współczesną afirmacją ekscentryzmów i odmieńców. Przy wszystkich oczywistych wadach "Imprezowych rodziców" nie potrafię nie patrzeć na ten film bez sympatii.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię