Recenzja filmu Guest of Honour (2019)
Atom Egoyan

Rodzina od kuchni

W recenzjach ostatnich filmów Atoma Egoyana powtarza się zarzut, że reżyser zdradził kino artystyczne, wdając się w pechowy romans z mainstreamem. Tych, którzy z rozrzewnieniem wspominają ...
Filmweb sp. z o.o.
W recenzjach ostatnich filmów Atoma Egoyana powtarza się zarzut, że reżyser zdradził kino artystyczne, wdając się w pechowy romans z mainstreamem. Tych, którzy z rozrzewnieniem wspominają kanadyjskiego reżysera z czasów "Słodkiego jutra" i "Podróży Felicji", powinna więc ucieszyć informacja, iż w najnowszym dziele próbuje on powrócić na stare śmieci. W "Guest of Honour" zrazu porozrzucane fabularne klocki zaczynają się układać w opowieść o wspomnieniach rzucających długi cień na życie bohaterów. To także portret niezwykle silnej choć naznaczonej rozczarowaniami więzi rodzinnej, której nie jest w stanie przerwać nawet śmierć.

Spoilerofobów uspokajam: o tym, że grany przez Davida Thewlisa inspektor sanepidu Jim odszedł na wieczny spoczynek, dowiadujemy się już w pierwszej scenie, gdy jego córka Veronica (Laysla De Oliveira) odwiedza proboszcza (Luke Wilson) z zamiarem ustalenia szczegółów pogrzebu. Pogawędka z duchownym szybko zamienia się w sesję terapeutyczną. Historia, którą bohaterka ma do opowiedzenia, zaczyna się dwie dekady wcześniej w mieszkaniu nauczycielki muzyki, Alicii (Sochi Fried).

Czego w tym filmie nie ma! Seksting, pozamałżeński romans, śmiertelna choroba, tragiczny w skutkach pożar, samobójstwo, więzienie, szczurze kupy w restauracyjnej kuchni i królicze uszy w panierce smażone na głębokim tłuszczu – wystarczyłoby tego na kilkadziesiąt odcinków "Na Wspólnej" i i co najmniej jedną odsłonę "Kuchennych rewolucji". O dziwo, w "Guest of Honournagromadzenie nieszczęść nie razi jednak aż tak bardzo. Zrządzenia losu dostarczają Egoyanowi budulca do stworzenia wciągającej, nielinearnej narracji, rozegranej na styku kina obyczajowego oraz psychologicznego dreszczowca. Fani bez problemu wyłowią z niej motywy towarzyszące autorowi "Ararat" od początku kariery. W "Guest of Honour" kreśli on obraz świata, w którym bohaterowie z własnej woli skazują się na samotność, a technologie mają wpływ na relacje między ludźmi oraz ich postrzeganie rzeczywistości.

Choć reżyser bierze na warsztat tematy wagi ciężkiej, seans jego filmu nie zamienia się ostatecznie w operację na otwartych nerwach widza. Duża w tym zasługa lekko absurdalnego humoru, którym przesyconych jest wiele scen. Szczególnie zabawnie wypadają momenty, w których Jim odwiedza kolejne (prowadzone zazwyczaj przez imigrantów) restauracje i niczym perfekcyjna pani domu poddaje je szczegółowej kontroli. Przeprowadza test białej rękawiczki, sprawdza temperaturę czekającego na przyrządzenie mięsa, wdaje się w dyskusje z podenerwowanymi właścicielami. Bohater – w życiu zawodowym nieubłagany i metodyczny – po odłożeniu do szuflady inspektorskiej legitymacji zamienia się w melancholika rozpamiętującego przeszłość nad kolejnymi kieliszkami wina. Jesteś  źrodłem znajdującego się we mnie zła. Stanowisz także źródło tego, co dobre – słyszy w pewnym momencie Jim z ust swojej córki. W filmie Egoyana miłość i wrogość idą ze sobą pod rękę, a rodzina okazuje się w równym stopniu siedliskiem traum, co nieskruszoną opoką. Nieważne, co się stanie, Jim zawsze będzie tytułowym gościem honorowym w sercu Veroniki. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię