Recenzja filmu Świadkowie Putina (2018)
Witalij Manski

Szary obywatel Putin

Wartością materiałów historycznych zgromadzonych przez Witalija Manskiego nie jest fakt, że w jakiś wyjątkowy sposób wzbogacają czy wręcz redefiniują naszą dotychczasową wiedzę. Nic z tych ...
Filmweb sp. z o.o.
Oblicze pozbawione wyrazu, nieodgadnione, puste i marsowe. A może jednak twarz człowieka wrażliwego, zatroskanego losem współobywateli i z nadzieją spoglądającego w przyszłość rosyjskiej demokracji? Obserwowanie Władimira Putina u progu oficjalnej kariery politycznej przypomina seans spirytystyczny – jego uczestnicy przywołują ducha przeszłości z nadzieją, że ten odpowie na pytania i rozwieje wszystkie teraźniejsze wątpliwości. Widmo jednak uporczywie milczy i tylko na nowo odgrywa te rzeczy, które już doskonale o nim wiemy: że kiedyś było i że było takie, a nie inne.

Jeżeli oczekujemy, że "Świadkowie Putina" opowiedzą nam historię o zainstalowaniu w Rosji państwa autorytarnego, będziemy nieco rozczarowani. Putinizm wyłania się tutaj jako coś nie do końca określonego, niepewnego, lecz mimo wszystko – bez dzisiejszej wiedzy i doświadczeń – umocowanego w ramach porządku mniej lub bardziej demokratycznego. Jest to wprawdzie demokracja słaba, rachityczna i już na poły fasadowa, ale jednak wciąż demokracja. Wartością materiałów historycznych zgromadzonych przez Witalija Manskiego nie jest zatem fakt, że w jakiś wyjątkowy sposób wzbogacają czy wręcz redefiniują naszą dotychczasową wiedzę. Nic z tych rzeczy. Chodzi raczej o rodzaj subtelnej profetyczności, o dogłębne wejrzenie w język, gesty i niuanse, które już na tym wczesnym etapie – i w konfrontacji z tym, co stało się później – mogły stanowić swego rodzaju ostrzeżenie i prognozę na przyszłość. Manski zmontował swój film z zakulisowych obrazów kręconych głównie na przełomie 90. i 00. Kamera towarzyszy Putinowi w trakcie jego pierwszej w życiu kampanii prezydenckiej, wchodzi na konferencje prasowe i do biur sztabu wyborczego. Odwiedza w domu schorowanego Borysa Jelcyna, który zachwala kandydata jako "gwarancję ładu i demokracji" i "strażnika wolnych, niezależnych mediów". To jednak nie koniec – po zwycięskich wyborach Manski wchodzi z Putinem na Kreml i rejestruje gabinetową codzienność. Trochę na zasadzie obsesyjnego kamerowania nowonarodzonego dziecka okiem zafascynowanych rodziców.

Kontekst osobistego zaangażowania twórcy ma tutaj oczywiście kapitalne znaczenie. Unikalne materiały prawdopodobnie nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie fakt, że Manski pracował w latach 90. jako szef działu dokumentalnego w rosyjskiej telewizji publicznej. Odpowiadał nie tylko za realizację programów o Putinie-kandydacie, ale doradzał przyszłemu prezydentowi, jak dobrze prezentować się przed kamerą i budować nowoczesny wizerunek polityczny. Nakręcił też oficjalny dokument z pierwszego roku urzędowania nowej głowy państwa. Dzisiaj reżyser jest wielkim krytykiem putinowskiego reżimu, popadł w totalną niełaskę władz, a z Rosji przeniósł się na Litwę. "Świadkowie..." są więc nie tylko historycznym freskiem, ale przede wszystkim osobistym rozliczeniem, dowodem własnej naiwności i krótkowzroczności, czego Manski ani przez chwilę nie ukrywa, komentując większość filmowych kadrów zrezygnowanym, melancholijnym głosem z offu. "To jest właśnie cena, jaką musiałem zapłacić za błędne mniemanie, że jestem tylko świadkiem tamtych wydarzeń" – mówi reżyser. I ma zapewne na myśli nie tylko emigrację, załamanie kariery i demontaż rosyjskiej demokracji, ale również to, że w Rosji prawdopodobnie nikt jego filmu nie obejrzy.

Bo mimo wszystko sesja z widmami lat 90. przynosi coś nadspodziewanie fascynującego: chociaż nie mówi nic nowego, daje uczciwe wejrzenie we wczesne symptomy rozszerzającej się zgnilizny. Nie tylko we wzrost znaczenia resortów siłowych i rządów silnej ręki jako społecznej reakcji na zamachy terrorystyczne i eskalację konfliktu w Czeczenii. Także – wejrzenie pod tę nieprzeniknioną maskę, którą Putin przygotował dla świata. Za tą paletą poglądów dopasowywanych do sytuacji i zmienianych niczym rękawiczki od początku kryją się pewne stałe: sentyment do sowieckiego imperializmu oraz przekonanie o własnej mocy i nieomylności. Bakcyla autorytaryzmu doskonale obnaża jedna z najmocniejszych scen filmu: Manski nie zgadza się z Putinem w kwestii przywrócenia radzieckiej melodii hymnu narodowego, a prezydent wzywa go na rozmowę w cztery oczy i próbuje przekonywać do swoich racji. "Gdybym mógł przekonać każdego obywatela, który się ze mną nie zgadza, wtedy byłoby lepiej" – peroruje, a pobrzmiewają w tym wyraźne echa przyszłych putinowskich "wideokonferencji z narodem". Na koniec wystawia nieugiętemu Manskiemu dwóję z minusem: "Powinieneś zgodzić się z moją opinią". Ot, kolejny dzień wykuwania trudnych kompromisów.

Dzisiaj z tamtego nieukształtowanego ciała został trup. Z obecnej perspektywy niesamowicie ironicznie brzmi limuzynowa rozmowa z Putinem, w której prezydent wychwala zalety demokracji jako systemu opartego na reprezentacji, konstytucyjnych ramach i służbie narodowi. Nigdy – mówi przyszły autokrata – nie uda mu się zachłysnąć władzą i ustanowić złego prawa, bo wie, że kiedyś, po skończonej kadencji, już jako obywatel Putin, będzie musiał pod tym prawem żyć. Tymczasem w przyszłym roku putinizmowi stuknie okrągłe dwadzieścia lat. Można więc powiedzieć, że współreżyserką filmu Manskiego została sama historia. Smutno tylko, że "Świadkowie..." potwierdzają wyświechtaną maksymę – z wewnątrz widok bywa bardzo wąski. O pewnych rzeczach da się opowiedzieć dopiero po latach, kiedy na prawdziwą reakcję jest już zdecydowanie zbyt późno.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry