Mimo wszystko jednak nagrodzenie "Yellow Letters" najważniejszą nagrodą na Berlinale było zaskoczeniem. Niektóre sceny wydają się mocno upraszczać geopolityczne czy ideologiczne konflikty. Jak
"Berlin jako Ankara" – takim, rozpostartym na całym ekranie, napisem rozpoczyna się pierwszy z trzech rozdziałów najnowszego filmu İlkera Çataka. Jeśli dodać, że w pewnym momencie akcja przeniesie się do Hamburga udającego Istambuł, pomyśleć by można, że czekają nas prawicowe przestrogi przed islamizacją Niemiec. Nic z tych rzeczy. Nakręcony w całości z turecką obsadą "Yellow Letters" powstał w Niemczech, bo urodzony i mieszkający w Berlinie reżyser o tureckich korzeniach jest częścią tamtejszego pejzażu filmowego. Osadzenie historii w kraju, gdzie Turcy stanowią najliczniejszą (zaraz po niej są Polacy) mniejszość narodową i często pielęgnują swoją odrębność, ma oczywiście znaczenie. Są oni zresztą obecni w kinie niemieckim przynajmniej odkąd Fatih Akin odebrał w 2004 roku Złotego Niedźwiedzia za "Głową w mur". Çatak idzie w jego ślady, a wygrana "Yellow Letters" na tegorocznym Berlinale na pewno jego pozycję – i tak już silną po oscarowej nominacji dla "Pokoju nauczycielskiego" – jeszcze umocni.
Czuć tu dużo większy rozmach. Jeżeli poprzedni film reżysera ukazywał kameralny świat zawężony do jednej szkoły, stanowiącej przy tym synekdochę współczesnych Niemiec, tym razem twórca bardziej niż o Niemczech mówić chce o Turcji. A może o jednym i drugim? Interesujące zawieszenie pewności co do topografii miejsc, w których się znajdujemy, ma sprawiać, by historia się zuniwersalizowała, by była metaforą życia w świecie, w którym władza ma za mocny apetyt na kontrolowanie naszych postaw. Ankara mogłaby tu więc symbolizować tak Mińsk, jak Mumbaj, opowiadać tyleż o przyszłości, ileż przeszłości, co akurat w Niemczech jest dość czytelne. Stąd też, jak mniemam, brak tu bezpośrednich odwołań do rządów Erdoğana, zostawiających obywatelom coraz mniejsze okienko wolności. W tym wolności twórczej, o której opowiada film inspirowany licznymi w Turcji przypadkami cenzury czy prześladowania przeciwników politycznych. Konkretne nazwiska jednak nie padają – w tym to zaczynające się na E.
W niektórych krajach rozmaici satrapowie legitymizują się sami, w innych to lud oddaje władzę tym, którzy w pogardzie mają jej trójpodział, wolność słowa czy prawa człowieka. "Yellow Letters" nie opowiada jednak o makiawelicznych mechanizmach pozyskiwania czy utrzymywania tej władzy. Ważniejsze jest tu badanie wpływu autorytarnych rządów na życie jednostek czy całych rodzin. Oglądamy jedną z nich: dostatnią, nowoczesną, prowadzącą satysfakcjonujące życie w stolicy. Jej członków poznajemy podczas premiery spektaklu na deskach teatru narodowego, którego gwiazdą jest aktorka Derya (wyśmienity występ Özgü Namal), reżyseruje jej mąż Aziz (Tansu Biçer) – poza sceną wykładowca akademicki. Wieczór ten okaże się początkiem końca ich chwały: gdy Derya zignoruje obecnego na spektaklu oficjela, a Aziz zacznie zachęcać swych studentów do udziału w antyrządowych protestach, szybko odebrane im zostaną wszelkie przywileje.
Tracąc środki do życia i pozycję, a mając na utrzymaniu córkę (Leyla Smyrna Cabas), decydują się przeprowadzić do mieszkania matki ciąganego przez władze po sądach Aziza. On siada za kierownicą taksówki, pracując jednocześnie nad nową sztuką, możliwą do wystawienia tylko w niezależnym teatrze, ona zaś rozważa występ w serialu transmitowanym w publicznej telewizji. Mamy więc konflikt postaw – jak zachować się w kryzysowym czasie? Czy ważniejsza jest wierność wyznawanym wartościom, czy przetrwanie? Çatakowi zgrabnie udaje się ukazać dylematy, przed którymi staje się w obliczu sytuacji zagrażającej naszemu moralnemu kręgosłupowi – zgiąć go czy wyprostować, nawet jeśli cena za to będzie bardzo wysoka? "Yellow Letters" sprawdza się jako wypowiedź o artystycznych (czy szerzej życiowych) kompromisach: podejmować je trzeba zawsze, ale – jak pokazuje reżyser – im państwo bardziej opresyjne, z tym większą łatwością łamie życiorysy. Konfliktuje i demoralizuje społeczeństwo, mogące realizować swe ambicje tylko przy odgórnej koncesji.
Ciekawa jest tu również dynamika związku Deryi i Aziza, w której pewnie wiele par będzie potrafiło zobaczyć własne problemy. Mimo wszystko jednak nagrodzenie "Yellow Letters" najważniejszą nagrodą na Berlinale było zaskoczeniem. Niektóre sceny wydają się mocno upraszczać geopolityczne czy ideologiczne konflikty. Jak choćby obraz ulicznych protestów, na których uczestnicy (w ramach wspomnianego dążenia do uniwersalności) trzymają transparenty pacyfistyczne, queerowe, flagi palestyńskie i ukraińskie – jakby sprawy te były tylko fotogenicznym tłem. Nieco sztucznie wypadają też spotkania z bardziej tradycyjną rodziną Deryi czy wątek zbuntowanej nastoletniej córki – wydaje się, że nie starczyło tu już pary na drugi plan. Jeżeli więc podziw może budzić sama koncepcja filmu i jego ostrze polityczne, to jako dramat rodzinny "Yellow Letters" z nóg nie zwala. Podobne widzieliśmy wielokrotnie, pewnie w lepszych wersjach – choć może nie po turecku w Niemczech.
Krytyk filmowy, filmoznawca, stały współpracownik Filmwebu. Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka, członek FIPRESCI, Europejskiej Akademii Filmowej i kolegium elektorów Złotych Globów.