Recenzja filmu Alvin i wiewiórki 3 (2011)
Mike Mitchell
Jerzy Dominik

Wiewiórczy bis

Żarty, na wspomnienie których średnio rozgarnięty pięciolatek chlaśnie się dłonią w czoło, idą w dziesiątki, a piskliwe głosiki bohaterów rozrywają bębenki uszne.
Filmweb sp. z o.o.
Spotkałem się niedawno z teorią, że na filmy przeznaczone do lat trzech recenzent powinien patrzeć łaskawszym okiem (a najlepiej w ogóle zamknąć oczy) – dziecko jest przecież wszystkożerne. Nie będę z tym twierdzeniem polemizował, chętnie natomiast sprezentuję jego autorowi bilet na "Alvina i Wiewiórki 3". I jeśli oglądając ten zaprojektowany przez program rachunkowy i pozbawiony wdzięku produkt filmopodobny, nie będzie tęsknił za Chudym i Buzzem, Nemo i Kotem w Butach, tresowanym smokiem i rozpędzonym Zygzakiem McQueenem, z radością przyznam się do błędu.

Najmłodsze dzieciaki tęsknić za liderami animowanej pierwszej ligi raczej nie będą, bo film jest kolorowy, efektowny i skrzy się dowcipem. Alvin i kompania szalonych wiewiórów zaliczyła kolejny komputerowy lifting, futerka bohaterów są rude, lśniące i puszyste jak nigdy dotąd, a przyciągające wzrok, cyfrowe pejzaże rajskiej wyspy to niezłe remedium na ADHD. Żarty, na wspomnienie których średnio rozgarnięty pięciolatek chlaśnie się dłonią w czoło, idą w dziesiątki, piskliwe głosiki bohaterów rozrywają bębenki uszne, a aktorzy próbują odegrać coś na kształt slapsticku, co przywodzi na myśl najlepsze kawałki z archiwum Tadeusza Drozdy. Kto chce zobaczyć Alvina, palec do budki!

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie cyniczny plan ograbienia trochę starszych dzieciaków z kieszonkowego i skoku na nasze pensje. Twórcy starają się jak mogą, aby z kamienną twarzą sprzedać nam "familijną" rozrywkę. Wyciągają z rękawa prymitywne i nieśmieszne nawiązania do kultury popularnej (zwłaszcza do klasyki opowieści spod znaku Robinsona Crusoe), wymyślają aluzyjne i coraz bardziej perwersyjne aranżacje popowych hitów, powtarzają do znudzenia ograne w poprzednich filmach motywy. Próbują mrugać do nas okiem, lecz efekt ich starań jest daremny – film po prostu tchnie fałszem.

W idealnym świecie trzylatki same potrafiłyby zasznurować buciki, ubrać kurteczkę i wybrać się do kina. Niestety, a może na szczęście, wciąż są zdane na nas. Apeluję, nie wyłączajmy naszego sensora żenady – nie dajmy im zwariować!

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (79 głosów).
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię