Marianne Farrère (Isabelle Huppert) prawdopodobnie sama nie wie, ile dokładnie miliardów posiada na koncie. Jej firma kosmetyczna, razem z majątkiem odziedziczona po ojcu, już dawno poszerzyła swoje wpływy poza francuski rynek. To globalny potentat, z fabrykami na całym globie, hołdujący tradycji, a dzięki temu przypominający, że stare jest ciągle jare. Dni Marianne to przeplatanka spotkań z wierchuszką polityczną czy artystyczną elitą, wywiady i sesje fotograficzne dla międzynarodowych magazynów. Na zebraniach zarządu podejmuje strategiczne biznesowe decyzje, a w domu cieszy się stabilnym małżeństwem z Guyem (André Marcon), byłym ministrem kultury. Z kolei oddany kamerdyner, Jérôme (Raphaël Personnaz) przy śniadaniu przypomina o porządku dnia, by państwu Farrère nie umknął żaden obowiązek przy rządzeniu światem. W wolnej chwili kupią też jakiś obraz Matisse’a czy Degasa.
Dosadny tytuł filmu Thierry’ego Klify, nawet dwukrotnie wplatany w dialogach, zapowiada nieco inne kino niż "Najbogatsza kobieta świata" jest w istocie. Marianne do życia w luksusie i przepychu przyzwyczajona była od dziecka. Nie popisuje się społecznym statusem ani go nie nadużywa. Wyrafinowanie urządzona willa to dla niej po prostu standard, a prywatny odrzutowiec to środek transportu jak każdy inny. Jest jak jest. W początkowych partiach filmu Klify sygnalizuje monotonię takiej egzystencji, ale nie jest to dla rodziny Farrèrów uczucie doskwierające, powód do znużenia ani pretekst do jakichkolwiek zmian. Nie trzeba się przecież o nie prosić, by same nieoczekiwanie nadeszły. Nawet w jesieni życia.
To za sprawą szarmanckiego fotografa Pierre-Alaina Fantina (Laurent Lafitte). Relacja Marianne z mężczyzną jest wiodącą fabularną osią "Najbogatszej kobiety świata". Zaczyna się od niewinnej sesji zdjęciowej, w trakcie której bezpośredniość i sarkazm Pierre-Alaina od razu wzbudza ciekawość głównej bohaterki. Pierre-Alain jest wyzwolony, jest spontaniczny, jest artystyczną duszą ciągle poszukującą inspiracji. Zaspokajanie potrzeb i poszukiwanie przyjemności to jego modus operandi. Marianne chce do swojego uporządkowanego życia wprowadzić nieprzewidywalnego Pierre-Alaina, ale żeby zapewnić sobie jego urokliwe towarzystwo będzie musiała głębiej sięgnąć do rodzinnego skarbca. W powstającej więzi między miliarderką a fotografem interesujące może być, że pozbawiona jest ona romantycznego wymiaru – prymat wiedzie przyjacielska wymiana uprzejmości. Przedmiotem oceny dla najbliższego otoczenia Marianne będzie to, czym obie strony między sobą handlują. Dla widzów natomiast czy faktycznie, albo w jakim stopniu, jest to relacja bezinteresowna.
To albo scenopisarski brak precyzji albo reżyserski brak wyczucia, ale w przewodnim temacie "Najbogatszej kobiety świata" intencje Marianne i Pierre-Alaina bywają czasami nieczytelne. Kobieta posądzona jest o przesadną rozrzutność i nieuzasadnioną filantropię wobec nowego kompana. Fotograf natomiast ma zyskiwać wizerunek naciągacza i rozpuszczonego, roszczeniowego utrzymanka. Chemia między tą dwójką jest raczej znikoma, a emocjonalne napięcie niezmienne, jedynie z delikatnymi wahaniami intensywności.
Finalne rozstrzygnięcia utwierdzają wszystkie strony, że nic tak naprawdę się nie stało. Raczej nie o to chodziło. Dramaturgię ma w tej sytuacji budować relacja Marianne z jej córką, Frédérique (Marina Foïs), przyzwyczajoną do życia w cieniu matki. W obecnej sytuacji młodsza kobieta zatroskana jest nie tyle przepalaniem rodzinnego majątku, ale bezpieczeństwem matki przy boku nieobliczalnego darmozjada. Na tym planie twórcom udaje się wydobyć nieco więcej głębi, choć przesadnie stonowana i schowana kreacja Foïs (także przez fryzurę i grube szkła okularów) nie wybrzmiewa z odpowiednią siłą. W szczególności, gdy wymiana argumentów przeprowadzona zostaje listownie, z nieszczęsnych montażowym efektem przenikania wizerunku nadawczyni na kartce z tekstem.
Co nieoczekiwane, Huppert zbyt często popada w manieryzm (wzdychanie) i gestykulacyjną sztuczność (teatralne rozkładanie rąk). Wielka gwiazda światowego kina blaknie przy znacznie bardziej przekonującym Lafittcie, wyrazistym i krzykliwym, ale autentycznym w swojej ekspresyjności. To na papierze nierówny aktorski pojedynek, ale z zaskakującym zwycięzcą. Jeśli film Klify kryje w sobie jakąś tajemnicę, to jest nią jedynie anonimowy występ zazwyczaj hipnotycznej Huppert. W "Najbogatszej kobiecie świata" nie tylko to poszło niezgodnie z planem.